Thursday, November 24, 2016

Miasto listopadowe: Rethymno

Pusto, nostalgicznie, leniwie. Specjalnie nie unikałam ludzi, była akurat wczesna pora weekendowa; dopiero po 14.00 zaczął się kawiarniany gwar. I tłumy eleganckich, zimowych (!) Kreteńczyków i Kretenek. 
To, co absolutnie mnie zadziwiło to oprócz pustek ludzkich, także pustki śmieciowe. Żadnych kocich ani psich obwarzanków, petów, worków, opakowań... czysto jak na niemieckiej ulicy normalnie.
Po jakimś czasie okazało się co i jak. 
Idę z córką w chuście, mija mnie wystylizowany hipsters z shar pei'em i słyszę, że się za mną przyczaił. 
Odwracam się i oczom nie wierzę: facet przystanął i schylił się po pustą plastikową butelkę! Zebrał śmiecia z chodnika i poniósł do najbliższego kubła! To jest na Krecie niebywałe i wyjątkowe, choć jakoś zaczyna funkcjonować w społeczeństwie. To ewidentnie #dobrazmiana ;)  














Wednesday, November 23, 2016

Plaża listopadowa

 Triopetra



Agios Pavlos


Plaże południowej Krety są puste. I o ile np. w Agia Galini taka posezonowa plaża robi smutne wrażenie ....

(Było tak jeszcze w pierwszych dniach listopada: 

Albo tak: 

Ale zaledwie dwa tygodnie później już tak:

... To tym "dzikim" plażom nie brak niczego. Ba, teraz można podziwiać je w całej naturalności. Piasek czy żwir jest czysty, nie walają się śmieci, nie ma reklam, krzykliwych logotypów, budek. Ale skoro nie ma ludzi, to nie ma tego całego syfu, który automatycznie robimy... Tak wyglądają dziewicze, opustoszałe, adaptowane tylko sezonowo plaże południowo-centralnej  Krety (poza tą z Rethymno).

Kokkinos Pyrgos: 


Kalamaki:

Między Rethymno a Chania:

I jeszcze raz Kalamaki:

Plaże listopadowe nadają się do brykania godzinami. Nie jest to smażalnia, oprócz T-shirta warto mieć bluzę, ale już nogawki śmiało podwinięte :) woda jeszcze ciepła, co rusz słyszę, że ktoś tam jeszcze pływa sauté albo w tzw. letniej, krótkiej piance.
Jest po prostu PRZYJEMNIE. Na relaks, czytanie, pisanie, biegi, jogi i inne ulubione, np. moja córeczka (8mies.) z upodobaniem liże kamienie.

Listopad powinien być TYM właśnie miesiącem, kiedy należy uciec z Północy, na płatne, bezpłatne czy zdrowotne-dietetyczne-antydepresyjne urlopy. Listopad czasem pracy zdalnej! (Staram się to uskuteczniać osobiście). A potem od razu na Święta ;) 

Czemu piszę DIETETYCZNE? Ponieważ teraz jest czas Hmm jak to nazwać? ... Kreteńska owocowo-warzywna fuzja jesienno-nowalijkowa. Ot, takie cudo rolnicze: skarby jesieni (np. dynia, śliwki) i nowalijki: botwinki, mini kapustki, bejbi cukinie, młode marchewki, szpinak itd... 
Kiedyś, w czasach młodości szumnej czekałam na piątek, bo wiadomo, weekend, bajlando, biforek, afterek ;) a teraz: bo pomidorki, okra, świeża horta, owoce słodkie od słońca... ale o tym inny post. 

Tuesday, November 15, 2016

Życie w niebycie

Szok odstawienny powoli mija. Chciałabym powiedzieć, że robię sobie dobrze, że detoxy, sroxy, medytacje i lewitacje, ale to nieprawda. Skupiam się z całych sił na narzuceniu sobie solidnej rutyny, lecz dusza ma jako ten rumak narowisty, ani kija, ani marchewki. To, co było przez ostatnie 9 miesięcy ostro przedawkowanie, to pełna, ciągła DYSPOZYCYJNOŚĆ. Na wiecznym stand by. 24x7. No to teraz czas na dłuższą niedyspozycję. 

Dziś, po tygodniu od zatrzaśnięcia hotelowych wrót udało mi się osiągnąć idealnie rozplanowany dzień, z dzieckiem,  z 4 zdrowymi świeżymi posiłkami, z kp, z BLW, z dwoma spacerami, jedną krótką i jedną dłuższą drzemką (moją też!), z przerwą na pracę, z praniem, prasowaniem i chustonoszeniem. Była wspólna zabawa, trochę jogi (ja), poczytałam sobie też, potańczyłyśmy z młodą, a teraz klikam tego posta, mamy 19:30, dzieć wymordowany, nakarmiony i wymyty posapuje obok, już uśpiony. A dzień zaczęłam od prysznica w ogóle :) 

Taką rutynę to ja codziennie poproszę!


Friday, November 11, 2016

Rozdroża. Nigdy nie wiadomo, czy dobrze skręciliśmy

Co się stanie, jeśli raz sie gdzieś na moment zatrzymamy, schylimy, jeśli skręcimy w prawo zamiast w lewo? Czy możemy w ten sposób zwichnąć sobie życie, czy raczej pchniemy je na właściwe tory?
Był taki film z Gwyneth Paltrow "Sliding doors", główna bohaterka przyłapała swego faceta na zdradzie i zapoczątkowało to w jej życiu szereg zmian. Ale historia toczy się dwutorowo, bo jej wersja beta spóźniła się na metro, tytułowe drzwi pociągu zatrzasnęły jej się przed nosem i nie zdążyła wrócić wcześniej do domu, by nakryć niewiernego partnera w akcji. I równoległa narracja przebiega kompletnie inaczej. Jak? Trudno powiedzieć, która opcja to ta lepsza, wygrana. 
I tak zastanawiam się ile razy w życiu jakieś głupstwo wpływa na nasz los. Jak bardzo potrafi nam zmienić życie jakis jeden moment: wyładowana komórka, guma przyklejona pod butem, zacięty zamek, grzebanie w torebce o sekundę dłużej, czyjeś: "dzień dobry! A nie, przepraszam, pomyłka"...

Znajoma opowiedziała mi swoją historię i zastanawiałyśmy się, co zadecydowało, że zamiast mieszkać za granicą z Johnem, została z Giannim (Janem, Jaśkiem po swojemu).
W jednym czasie poznała Johna, ktory do jej firmy przybył na czasowy kontrakt jako zagraniczny konsultant i Jaśka, ktory zmieniał działy. Z Johnem było magicznie i uroczo, choc widmo rozstania i związku-na-odległość wisiało nad nimi i ciążyło (północ Europy). Jasiek był na miejscu, charyzmatyczny i adorujący. Swój. Została z nim i byli burzliwym związkiem, każdego dnia dużo pracy, utarczek i kompromisów. I tak dywagowała, czy nie popełniła błędu. I czy teoretycznie lepszy, prostszy, łatwiejszy wybór - Jasiek - nie okazał się jednak nietrafionym? 
I niesamowite jest to, że takich historii jest wiecej. I na Krecie, i w Pl. 

Dawna historia: jedna znajoma znalazła się na podobnym rozdrożu: dwóch facetów, jeden mieszkał daleko w A., a drugi jeszcze dalej w B. Obaj poznani w podobnym czasie, choć niezależnie od siebie, to przez tych samych (!) wspólnych znajomych, obaj czarujący i zajebiści. Ten, co mieszkał w A. poznał wówczas rownolegle inną dziewczynę, u siebie, a ten co mieszkał bardzo bardzo daleko w B. wydawało się, ze kilometry mu nie wadzą, był uparty i wytrwały. I tak ten, co był bliżej wybrał jednak partnerkę miejscową (a może został wybrany i został z nią w A.), a nasza zainteresowana odważnie postanowiła, że jej odległości nie przeszkodzą w drodze do spełnienia i podążyła hen za głosem serca do B.

Potem kiedy B. okazywało się ślepym zaułkiem w strasznej dupie i bywało jej ciężko na duszy, a gdy na dodatek były-niedoszły znajomy z A. rozstał się ze swoją miejscową, to ta moja znajoma rozkminiała intensywnie, czy jednak nie popełniła błędu i czy jednak to nie B. a  A. był właściwym wyborem? Albo czy właściwszym może tylko odrobinkę? Może trzeba było bardziej powalczyć o A.?

Zwariować można!.. Skąd to wiedzieć? Gdzie mamy podgląd świata równoległego, by sie o tym przekonać?? Czy A. też kiedykolwiek dumał, czy z dwóch poznanych w jednym czasie panien wybrał właściwie? Czy wielu z nas ma takie dylematy czy jednak wolimy skupiać się na dokonanych wyborach, na tu i teraz i na przyszłości?

Wierzę, że czas wszystko zweryfikuje (karma is a bitch, oliwa sprawiedliwa na wierzch wypływa, co komu przeznaczone-to na drodze rozkraczone..)  i że ostatecznie bedzie tak, jak ma być - najlepiej. Dla wszystkich. 
Jak nie w tym życiu, to w przyszłym. Ale  każdy bedzie szczęśliwy, spełniony i na właściwym miejscu. 

Jak pomyśle, że zamiast na Kretę z miłośnikiem rowerów, byłam o włos od przeprowadzki na np. Wyspy Owcze czy inną Szetlandię z hodowcą podbiegunowych owiec, to dziwnie tak jakoś.. uff 

Everything gonna be alright in the end  and if it is not alright
It means it is not the end yet! 

Odrobina zawsze każdemu a najlepiej to pełnymi garściami

Życzę tego swojej córeczce z całego serca. Sama też nad tym pracuję i życzę tego również swemu największemu wrogowi, bo to najlepszy sposób, by zginął, przepadł i o mnie zapomniał. O czym mowa?
O cudownej umiejętności BYCIA szczęśliwym. 
Znam mądrych i głupich, bogatych i biednych. Zdrowych i chorych oraz pięknych i szkaradnych. Ktoś wygrał, ktoś zarobił. Kto z nich jest szczęśliwy? Wcale nie bogaty, mądry, piękny i zdrowy. Szczęśliwy jest ten, kto to UMIE, kto ma ku temu skłonność. Być szczęśliwym to umiejetność, wrodzona lub nabyta. 
Gdybym miała wybrać jedną rzecz, jedno pobożne życzenie dla mojej córki to brzmiałoby: żeby potrafiła być szczęśliwa w życiu, by umiała znajdować pozytywy. 

Sztuką jest czuć się szczęśliwie na przekór okolicznościom, być pozytywnym, pogodnym, pogodzonym i usatysfakcjonowanym niezależnie od okoliczności. Jak Pollyanna, znajdować plusy i pozytywy w każdej, nawet podbramkowej sytuacji. Wszystko zależy od punktu widzenia-rozpoznania-zakwalifikowania: przypał czy lekcja? Szansa czy potrzask?
Jestem szczęśliwa, jak zerkam na powyższe moje zdjęcie z karnawału w Timbaki (luty 2015), bo je strasznie lubię i jest jedyne w swoim rodzaju. 
Przepełnia mnie radość, kiedy moja córeczka śpi obok spokojnie, bez bomb, chorób czy zamieszek w tle. 
Zasypiam, bezpiecznie odpływam i zamiast tabliczki mnożenia (sprawa beznadziejna), wyliczam małe szczęścia i uśmiechnięte momenty.
Niech mnożą się same.  

TARG: mój weekend zaczyna się w piątek

   Biały gęsty twarożek?
To gr. πηχτόγαλο, ανθόγαλο (czyt. pichtogalo, anthogalo) dosłownie: tłuste mleko, śmietana. Na moim ulubionym straganie nazywają tak masło oraz cream cheese z mleka owczego. Znajomy farmer mówił mi, że w zależności od regionu te nazwy stosuje sie zamiennie, kiedy próbowałam przyporządkować je konkretnym produktom: 
Πηχτόγαλο και ανθόγαλο I knew they were the same. It depends on the area of Crete you ask. Butter-like ...

Pichto czy antho - polecam koniecznie! 
Poza tym na focie jest mini banan, kreteńskie cudo, chyba najbliższe platońskiej idei banana. Świeży szpinak (tak, listopad czas start z zieleninami i nowalijkami!), pomidor, cebulka. 





Wednesday, November 9, 2016

Grecka medycyna holistyczna, czyli zawsze jest coś za coś

Kilka dni temu, jak miałam w sezonie zwyczaj niemal co dnia, wyskoczyłam do pobliskiego supermarketu po jakąś pierdołę. Za kasą stała Gia, jakieś 27-34 lat, atrakcyjna, konkretna panna. Nie do końca klasycznie ładna, ale jak to ma się do wielu Włoszek i Greczynek: reprezentacyjna, wyrazista. Znam ją tylko ze sklepu otwartego sezonowo, nigdy z knajp i barów. W Agia Galini mieszka nieco od ponad 3 lat, wróciła z Aten do rodzinnego domu i do rodzinnego biznesu.
Sezon ma się ku końcowi, znikają auta i turyści, ulatnia się gwar, więc mogłam z Gią zamienić dwa słowa więcej niż normalnie. Zagaiłam ją o piękny, opuszczony domek w sąsiedztwie, Gia rozmarzyła się, co i ile możnaby tam zrobił, jaki potencjał! Potem coś o kotach, Gia opiekuje się tymi w pobliżu, zaraz znacznie się czas łapanek i sterylek. Dwóm psom podrzutkom pomogła ostatnio znaleźć domy. Taki projekt, potem taki i jeszcze takie plany... 
- Oj, po całym sezonie, a ty nadal pełna zapału?- zdziwiłam się, to dość nietypowa kreteńska postawa, zarówno wczesną, a tym bardziej późną jesienią. 
- No, bo ja tak lubię działać, wymyślać, ciągle nowe rzeczy... 
- Co robiłaś zanim tu się przeniosłaś? Czym zajmowałaś się w Atenach? 
- Pracowałam w Telewizji Greckiej. Ustalaliśmy ramówkę, jak puzzle, na czas, przewidując co i jak zaskoczy, szybko, stresująco, eksycytująco!..  W oczach Gii zapaliły się iskierki, tętno przyspieszyło. 
- Mocno ci tego brakuje na codzień?
- Wiesz Kasia, brakuje, brakuje. Ale miałam złe wyniki, coś tam działo sie niedobrego - wskazała na podbrzusze - i lekarz powiedział mi, że bedzie tylko gorzej i że jedyna rada, to zmienić styl życia. I teraz faktycznie - żadnych zmian, zero problemów. Ale brakuje mi nieraz telewizji i tego zwariowanego życia... 

Wow. Opadła mi szczęka. Młoda kobieta rzuca karierę (w szołbizie!), kolorowe życie w metropolii i zamieszkuje na wyspie, na zadupiu wyspy. Z rodziną prowadzi sklep i hotel. Została kociarą. Wygrała spokój i zdrowie, ale co z resztą? Wygrana czy przegrana? Singielka w wielkim mieście czy już stara panna na wsi? 
Zaintrygowała mnie niesamowicie. I tak w ogóle ten jej lekarz i jego zalecenia! Zmień życie, zwolnij, ratuj zdrowie.. Ilu z nas by tak wzięło i po prostu posłuchało?

Listopad

- Słyszysz to?
- Co? Nie słyszę niczego. 
- No właśnie, cisza. Koniec sezonu. 


Pierwszy oficjalny dzień zimowej przerwy

Rozdrażnienie, niepokój, ulga i rozprzężenie. Poddenerwowanie, rozproszenie. Zmęczenie. 

Awersja do ludzi, wirtualnie jak i w realu, choć wieczorny seans z Maciejem Stuhrem okazał się bardzo udany. 
Świetny, ciepły, uroczy, ładny i wzruszający film Planeta Singli. ❤️ love & peace. I spać 

Sunday, November 6, 2016

Dziękujemy, spadówa

Bang, bang, tu i tam zamykają się sezonowe biznesy: sklepy zostają z pustymi półkami, plażowe bary - puf!- znikają jak zdmuchnięte. W tavernach i kawiarniach pochowano co można, poskładano stoły i krzesła niczym domki z kart. Sezonowe ville, studia i hotele -bam-bam! Pozatrzaskiwane podwoje. Dziś przyszła kolej i na nas. 
Ostatni goście, ostatnie porządki, grill i podziękowania. Znajomi, pracownicy i sąsiedzi. Wszyscy podzielamy podobny stan ducha. (No, dobra, poza emerytami, ci to zawsze wynudzeni ;) Westchnienia ulgi, sapanie zmęczenia, zadyszka Syzyfa i co dalej? Trochę smutno, bo to zakręcone tempo sezonowe to nie tylko trud i znój, ale haj, energia, nakręcenie, wena i masa dobrej zabawy. Kalejdoskop ludzi, historii i anegdot. Wszystko, co trudniejsze zostało odsunięte na "po sezonie", czyli ups!.. Na ten czas, który właśnie zaczynamy. To teraz trzeba będzie się z tym rozliczyć. I pospełniać resztę z miliona planów, kaprysów, pomysłów i zajawek. 
Chyba nie lubię tak ostrego podziału na sezon i po-sezonie. Jeśli ktoś zasuwa maj-październik, sześć miesięcy, to niech dyga 14x7, nie lituję się, ale już przy sezonie luty-listopad nie da się utrzymać sprintu, więc uczymy się z każdym sezonem lepiej i mądrzej rozkładać siły. 
I wolałabym bardziej zrównoważony rok. 

Pierwszy hotelowy sezon był...no właśnie: PIERWSZY, z kryzysem ekonomiczno-politycznym w tle, z turystyczną paniką (jedzenie? Benzyna? Kasa w bankomatach??) i z moją, zupełnie osobistą ciążą. 
Jeszcze pod znakiem ciąży zaczęliśmy ten sezon, a kończymy z raczkującym szkrabem z uzębieniem w liczbie dwa. 
Czuję się jak łyżwiarka figurowa po poczwórnym tulupie: tyle trudu, wysiłku, pracy, a jak już co do czego, to raz-dwa i JEBS, twarde lądowanie. Pozamiatane. Kiedy? Jak? Znów zima?!? Ech...
Pomyślę o tym jutro. Albo popojutrze. 
Teraz idę sprawdzić te nadwyżki baklawy po niedzielnym ucztowaniu.