Showing posts with label prawda. Show all posts
Showing posts with label prawda. Show all posts

Friday, July 28, 2017

Aloes i blondynka


Uciełam łodygę, idę z nią do kuchni, a z aloesu sączy się śmierdzący żółty żel. Bleee!!
Gdzie transparentny, życiodajny, kojący nektar bogów ja się pytam? Dzwonię do Polidorosa, który mi ów pęd aloesu sprezentował i który sam wyrabia organiczne, aloesowe kosmetyki w Agia Galini Massage i Wellness.


Żółte! Śmierdzi jak zepsuta zupa curry!  - Polidoros uśmiał się. - Nie zrobiłaś niczego złego. Aloesy wydzielają po nacięciu taką właśnie toksynę, aloini, (aloin, barbaloin) Odstaw, daj temu spłynąć, poczekaj i odetnij ten kawałek, a do użytku weź tylko tę przejrzystą, delikatną część ze środka. Teraz latem, w najgorętsze miesiące aloesy wydzielają wyjątkowo dużo tej aloiny.

Nowa stara nauka:
Aloesy jak ludzie - na wstępie odstręczają, choć okazują się cudowne i pożyteczne, w przeciwieństwie do innych ludzi roślin, które uwodzą i przyciągają tylko po to, by zatruć. 


Sunday, May 15, 2016

Cnota czy głupota, czyli czemu wyrzucam moje piekne czerwone buciki

Z lakierowanej skóry, trochę fikuśne, trochę sporty i ta czerwień... Mam je od kilku lat i co roku się za nie zabieram na początku sezonu: rozciągam, pukam, nawilżam i co roku mnie obcierają. Rozczarowana ciskam je w kąt. Obiecuję sobie że jak tylko otarcia się wygoją, to znów spróbuję. Ale potem już nam jakoś nie po drodze. Chowam je na zimę. Wiosną podejmuję wyzwanie kolejny raz.

Dwa tygodnie temu historia się powtórzyła.
Ale tym razem to był ostatni raz.
Czy takie uparte nie-poddawanie sie jest oznaką żelaznego charakteru czy raczej bezsensownego ślepego uporu?
Czy w życiu trzeba, czy warto, wciąż i wciąż próbować? Kiedy odpuścić?
U mnie wielkie zmiany i czas głupich sentymentów się skończył.
Nie ma porozumienia i udanej współpracy? Zagraca mi coś miejsce?
Do widzenia.
Czerwone buciki na drogę i bajbaj

Saturday, January 30, 2016

Życie na Krecie: co boli, co wkurza, co bywa niefajne?

Zakochana w Janim i w wyspie Korfu Dorota (coraz popularniejsza Salatka po grecku) zamknęła rok 2015 m.in. postem nt przywar greckich. Miałam wówczas całkiem sporo do powiedzenia i upuściłam żalu, bezsilności i niezrozumienia dla niektórych greckich postaw TU. Dostałam swojego pierwszego hejcika nawet:

Anonim: Ale wiele przesady w tym poście. Same negatywny. Byłam na Krecie wiele razy i nic takiego nie widziałam. Wyczuwam jakieś kompleksy.

:D Cóż, pani Anonim nie wyłapała nutek sarkazmu, ironii, ani przede wszystkim tego, że odpowiedziałam po prostu na post zatytułowany CZEGO NIE LUBIĘ W GRECJI, gdzie logicznym jest pisanie o negatywach. Za niezgodność z tematem oblewa się maturę z polskiego. Druga sprawa, że każdy ma własny sposób na wakacje i być może jednak pani “byłam na Krecie wiele razy” wie, bo tu wpadała urlopowo i załatawiała grecki pesel, nip, zus, fiskusa... przeprowadzała remonty, zakładała działalność, przeżyła zimowe załamania pogody, wysłała dziecko do szkoły i wie, że przesadziłam, że targają mną kompleksy jakieś. (Jakie?..)
Inaczej będzie się rysować obraz Polski Anglikowi na wakacjach w Krakowie w hotelu Pod Różą, a inaczej, gdy przyjdzie mu zostać np. Nativem w gimnazjum na Nowej Hucie i załatawić sobie samemu różne formalności. 

Ponieważ jednak ów zjadliwy tekst jest długi, rzeczowy i drobiazgowy, no i jest moim osobistym komentarzem, to bez rzeźbienia od nowa, wklejam go poniżej w całości. Punkty są Doroty, ja się do nich ustosunkowałam: 

Mieszkam i pracuje w Grecji 3 lata. Mój punkt widzenia jest dość specyficzny i subiektywny, bo:
moim partnerem NIE jest Grek, 
nie weszłam do greckiej familii;
mieszkam na Krecie, w małej mieścinie; na końcu Europy;
pracuję na własny rachunek, w branży turystycznej;
bardziej niż w greckim, obracam się w mieszanym środowisku ex-patsów;
bardziej niż hellenofilką staję się każdego dnia coraz lepszą specjalistką od międzykulturowości, relacji interpersonalnych i multi-etno-koegzystencji.

Znajoma, ktora weszła w grecką rodzinę, ma tu biznes, wychowała dzieciaki i generalnie jest tu jej dobrze, mówi dość dosadnie o lokalsach (czyli kreteńskich małomiasteczkowych sąsiadach, rolnikach, farmerach, pastuchach, rybakach i drobnych przedsiębiorcach), że są jak dzieci: uparci, trudni, zaparci, nie uczą się na błędach (bo przecież ZADNYCH nie popełniają!), że nie myślą o przyszlości, że pieniądze z UE przejedli, przebalowali, że zamiast inwestować w panele, szkolenia, edukacje, itp długoterminowe inwestycje, pobudowali na szybko zbyt wielkie hale, pokupowali auta do floty przekraczającej ich potrzeby, itd… a wszystko dlatego, ze kuzyn ma firme budowlaną, a szwagier jest dilerem aut… I najważniejsze, zeby DZIŚ wszystko zostało w RODZINIE, a jutro się zobaczy.Na początku raziły mnie jej sądy, z czasem muszę przyznać …. sporo racji. Oczywiście są też doskonale obyci i wykształceni Grecy, którzy np. nie wyrzucają plastikowych śmieci z jadącego auta, którzy mają gust i zamiłowanie do piękna oraz ładu i w domach mają klosze a nie tylko wiszące z sufitu kable z nagimi żarówkami (popularne w malych kreteńskich wioskach!!), którzy uczą się, rozwijają i używają internetu do czegoś innego niż tylko gry na fejsie… ale o tym na końcu. Póki co rozliczając sie z postulatami Doroty:
Ad.1. Brak  otwartości na świat…

Polaczylabym to z pkt 6: tradycjonalizmem: a skad sie to bierze?.. z wąskich horyzontów, słabiutkiej edukacji, z geograficznych uwarunkowań – Grecja jest na końcu Europy, rozstrzelona po skalistych wysepkach. Przeprawa z wyspy na ląd to już jest hoho, a co dopiero jakaś tam otwartość na odległa, mglistą, zimną Północ! 400 lat tureckiej okupacji, czyli jakieś 16 pokoleń, zrobiło swoje. Ten ostatni wiek wolności tego tak szybko nie odkręci. W Pl widać jak po 123 latach zaborów rozwinąl sie zachód, a gdzie pozostał zaniedbany wschód kraju i jak bardzo stara się nadgonić i jak wszyscy się żachają na głośne mówienie o Polsce B – Tak większa częśc Grecji po 16 pokoleniach tureckiego okupacyjnego zaniedbania i wyzysku jest właśnie Grecją B, C i D.



Ad.2. Bardzo osobiste pytania są tu na porządku dziennym…

Powiedziałabym, że Grecy balansują na granicy ciekawości a wścibskości. Nie znoszę, więc rykoszetuję te pytania, „nie rozumiem” języka i olewam najczęściej.

Ad.3. Nigdy nie wiesz, kiedy i gdzie nagle będzie strajk!…

Na moim kreteńskim zadupiu spotkałam się raczej z opcją: nie wiesz, gdzie strajkują i wcale cię to nie obchodzi! Tu wszyscy zawsze pracują, od kwietnia do końca października pracuje się 7 x 14h i nikt o głupotach nie myśli. Czasem się okaże, że akurat nie jeżdżą autobusy, albo bank zamknięty, czy jakieś urzędy, ale to odległe echa kontynentalne i życie na Krecie toczy się swoim CMT: cretan maybe time. Ale – ponieważ pkt 4 – to i tak, gdziekolwiek człowiek wyruszy coś załatwiać, zawsze się wcześniej upewni, że pracują.

Ad.4. Nie tyle przeszkadza mi biurokracja, co niekompetentni urzędnicy…

To mogła tylko napisać Polka!! :D Niemcy, Holendrzy czy Angole dosłownie mdleją na myśl o greckich urzędach, dla nich to jakiś Monty Python z odległej galaktyki. Słyszałam boskie historie o ex-patsach, którzy po prostu prysnęli w ciągu nocy, zerwali kontrakty, negocjacje i spieprzyli daleko, bo biurokratyczna maligna ich po prostu przerosła. O dużych inwestorach, którzy zrezygnowali po wielomiesięcznych negocjacjach, bo tkwili w tym samym punkcie, co na początku… W Polsce mieliśmy podobny burdel, jednak z dumą obserwuję jak z roku na rok to się zmienia. Te panie, które „komputra nie znajom”, którym petent wiecznie przeszkadza w przerwach na kawusię w Pl zanikają powoli, ale tu wygląda to ciut inaczej. Oni są w większości mili i grzeczni, zawsze powtarzam, że jedziesz 70 czy 80 km w 1 strone do Urzędu, tracisz na to cały dzień, gówno załatwisz, ale wracasz przynajmniej z uśmiechem na ustach, do kolejnego razu, bo pani A podała zupełnie inne wytyczne, niż będzie to weryfikować pani B… Grecki księgowy i prawnik to podstawa, ale do tego musi być wyszczekany i umieć urzędników zastraszyć, zakrzyczeć i przegadać, bo przepisy, legislacje, wytyczne itp, są tak skonstruowane, że „na dwoje babka wróżyła”. Połowa tej urzędniczej, świetnie zarabiającej armii na ciepłych posadkach powinna wylecieć z hukiem. Przez telefon czy mailowo – niczego sie czlowiek nie dowie, ani nie zalatwi. Myślalam, ze to dlatego, żem nie Greczynka, ale nie. Lokalsi przechodzą to samo piekło.

Ad. 5. W Grecji trudno jest cokolwiek ustalić…

To prawda, patrz powyżej, jakkolwiek, osobiście na to aż tak nie narzekam, albo sie da, albo nie. Troche cierpliwości jest potrzebne. Ale o dziwo, to się kręci; na ten punkt Doroty aż tak nie mogę narzekać, nie nie ;)

Ad. 6. Grecki tradycjonalizm…

Vide pkt 1. Ten tradycjonalizm niebezpiecznie trąci zaściankiem, betonem, wstecznością… Tracą na tym sami zainteresowani ofkors. Lepsze wrogiem dobrego. Póki wisi, niech wisi, spadnie samo, to wiatr zawieje. Znasz pojęcie „shabby chic”? No tu mają „shabby”, ale już zdecydowanie bez „chic”. Powtarzam, że to wina chyba głównie tragicznej edukacji i tendencji do uporczywego trzymania, co się ma, bez szukania innych możliwości. Coś jak super przejaskrawione i wyolbrzymione nasze powiedzonko: „lepszy wróbel w garści, niż kanarek na dachu”. Jak ojciec wybudował dom, to syn będzie podobnie klepać. Nie wspomnę o szkole, targach, czy podróżach, ale taki syn nawet nie poszpera w sieci, by zobaczyć, czy od ostatnich 20 lat zmieniły się rozwiązania, czy może weszły na rynek nowe narzędzia, materiały, itp… po co?

Ad. 7. W typowym greckim domu nie ma centralnego ogrzewania…

To jest bardzo delikatny temat, który wywołuje u mnie bardzo szybko dziką furię i unikam dyskusji o budownictwie z Grekami, bo mogę ich tylko bardzo obrazic…. W tym klimacie, z masą kamiennego budulca i pokladami doskonałej gliny, słońcem przez 330 dni w roku, porą suchą i intensywną porą deszczową, mieszka się w niewyizolowanych, pustakowych mieszkaniach, nagrzanych latem, przeraźliwie zimnych i zawilgłych zimą, wiecznie pozalewanych, pozaciekanych, gdzie nie ma kontaktów elektr. w łazience, bo przecież branie prysznica wiąże sie z zalaniem całej dziupli, a źle wypoziomowane podłogi zatrzymują stojącą wodę na długo. Oczywiście nigdzie nie widziałam TERRAKOTY na podłogach, miłej, cieplej, naturalnej izolacji z lokalnego budulca (jak we Fr, Wloszech, Hiszpanii czy Meksyku), tylko wszystko jest wykafelkowane!! brrrr… brzydkimi, tanimi, chamskimi, lodowatymi kafelkami. Od czasu zamieszkania tutaj znienawidzilam kafelki całym sercem. Wszystko jest źle i tragicznie pobudowane. (ekipy budowlane to ofkors wujkowie, kuzyni, szwagrowie i znajomi królika….). Raz na moją delikatną awanturę, jak to w wynajętym domu przecieka dach, tak, że kapie po całym poszyciu, tak że musielismy ewakuwoać sie SPAĆ pod stół do kuchni, dostałam stoickie wyjaśnienie: -No tak, trudno, opady wyjątkowo intensywne, a dach stary, więc ma prawo przeciekać.. -Jak stary jest ten dach?!? -No, z dziesięć lat już ma, może dwanaście.” (WTF?!?!) W tym klimacie można by mieć spokojnie dom bez ogrzewania, odpowiednio wyizolowany, z oknami od właściwej strony, z panelami słonecznymi grzejącymi wodę oraz prądotwórczymi (sorry, nie znam fachowego polskiego słownictwa…fotowoltaniczne?..), zbiornikami na deszczówkę itp. W Polsce się śmieją, że buduje sie z Muratora, wszyscy wedle jednego kijowego najtańszego planu. Tu – buduje się w ogóle BEZ planu. Ech… temat rzeka. Tak czy inaczej, po mieszkaniu w kilku miejscach, nigdy bym nie kupiła tu ani domu, ani mieszkania, tyko spłachetek ziemi i wybudowała chatę od podstaw, z normalnymi rurami, izolacją, z tzw. lufcikami i wywietrznikami, z rynnami (!), zbiornikiem na deszczówkę, z wejściem od najmniej wietrznej strony, przy użyciu tak ekstrawaganckich narzędzi jak np poziomica!!!

Ad 8. Karaluchy i inne robactwo…

W hotelu, który prowadze co dwa miechy robi się oprysk (3-4 razy na sezon, specjalistyczna firma), sporadycznie karaluchy gdzieś probują się przebić, (od sąsiada, który się tym nie przejmuje i ich nie exterminuje), poza tym łowna kicia załatwia sprawę myszy, plus pułapki i trucizny (niczego żywego hasającego po kątach nie widziałam), kicia załatwia niestety również ptaszki… Hotel stoi na obrzeżach miasteczka, nie ma super miejskiej zabudowy, ale nie ma tez obok farm pod płotem. Dorota, tam gdzie mieszkasz pobliskie hotele i restauracje MUSZĄ robić takie opryski, więc możesz się dowiedzieć o firme i koszt (na 20-pokojowy hotel wypada jednorazowo ok. 150 e) Lawenda, mięta w donicach przy wejściu, regularnie miętoszone też pomagają. Takich skolopendr jak opisujesz tu na szczeście nie widzialam, pojawiają sie pająki, czy gekony, ale wszystko w granicach normy ;) Kot, najlepszy jest wredny, spasiony, łowny kot. Zatłucze wszystko, co się da.



Do punktów Doroty dodam jeszcze kilka swoich własnych smaczków. Ale to po przerwie :)
Zamieszkałam tu przypadkiem, tak wyszło biznesowo (co akurat wskazuje na lekką nierówność pod mym sufitem: zaczynać coś w turystycznej branży w tak niestabilnym czasie, w tak pokręconym kraiku jak Gr, ale ewidentnie sprawia zarazem, że jakoś tu pasuję). Nie miałam żadnych wyobrażeń, oczekiwań i wizji raju. Ot, zakasać rękawy i zasuwać. Robić swoje jak najlepiej i jak porządniej, nikogo nie sluchać. Trzymać swoje standardy. Bo jak się rozejrzę, to jedynymi ludźmi, odnoszącymi sukcesy są ci, którzy dużo podróżowali, kształcili się za granicą, zdobyli nowe nawyki, rozwinęli się, którzy weszli w mieszane związki, ci, którzy prowadzą legalne biznesy, ci którzy płaca podatki, którzy odpisują na służbowe maile w ciagu 24-48h (sic!!!!) i używaja komputera nie tylko do grania, ale również i do pracy…



Saturday, October 17, 2015

Witamina N: "Nie wyostrzymy zmysłów nad laptopem, przed telewizorem ani w centrum handlowym"

Wąwóz św. Antoniego, Kasia na tropie Natury :)
Na śródziemnomorską prowincję zawitała moja przyjaciółka w odwiedziny. Załapać się jeszcze w październiku na VITAMIN SEA, SUN i jak się okazuje... witaminę N - a dowiedzialam sie tego dzięki przywiezionemu przez M. branżowemu "Coaching Extra" nr2/2014.
Artykuł jest ciekawy, nafaszerowany sowicie faktami, danymi naukowymi i autorami, ale nadal o łatwoprzyswajalnej treści. Poważny. A ja czytam i co drugą linijkę chcę mi się krzyczeć:

Ludzie, czy myśmy powariowali?!? WTF? Wykształcony facet w couchowym magazynie musi pisać artykuł o tym, że warto przebywać na łonie natury? Ze musi ten artykuł naszpikować naukowymi danymi, by tezie:"Idźże w końcu do lasu!" nadać sens i rację bytu????

Marcin Fabjański pisze m.in.: Chorujemy na zespoł deficytu natury ... widok z okna na zieleń koi nerwy, a u pacjentów przyspiesza rekonwalescencje, ....  już po 1 godzinie w lesie czas koncentracji uwagi zwiększa się o jedną piątą, .... technokracja czy technozniewolenie (jakie konsekwencje będzie mieć dla przyszłych pokoleń nieograniczone zanurzenie się w technologiach, przy jednoczesnym odcięciu się od natury, bodźców węchowych, słuchowych, bez rozwijania intuicji w otoczeniu zwierząt i drzew) .... rytm życia wymuszony przez wielkie miasto sprawia, że ignorujemy nature. ...

Autor przytacza wyniki badań Japończyka Yoshifumi Miyazaki z Chiba University, który udowodnił, badając 260 osób z 24 różnych miejsc w Japonii, że "dwadziescia minut patrzenia na zieleń sprawia, ze zawartość kortyzolu, hormonu stresu, w ślinie spada o 13,4 procent.
Nie ma tu co zastanawiać sie nad zasadnoscią takich badań, ani czy 13,4% to juz dużo, czy jednak nie warto tracić tych 20 minut...
Badania pokazują, że warto uprawiać sporty, naukowcy zarzucają nas zaletami i zyskanymi extra latami życia, jeśli zaczniemy jeść więcej warzyw... Nic, tylko czekam na treningi oddychania (a, sorry, już są!)  i badania udowadniające, że trzeba i warto regularnie oddychać, bo tlen sprawia, że żyje się nieco lepiej...   

Fajny artykuł, ale dla mnie osobiście refleksja z niego płynąca jest tragiczna. 
Zgubilismy sie. I to niestety wcale nie w lesie. 





Tuesday, March 3, 2015

asymilacja. Kreta wciaga

Zima w tym roku byla dluga (2 miesiace) i nadspodziewanie deszczowa. Juz pisalam. Kretenskie domy zimne, pozalewane, kapie z dachow, swiszcze przez okna...  Swieze grzybki na scianach zakwitaja szybciej niz polne kwiaty.

Juz wczesniej mialam sporo zastrzezen co do jakosci mieszkalnego budownictwa, ta zima tylko potwierdzila i zaostrzyla.
Latem wszystkie te przewiewy sa mile, chlodne posadzka przynosza ulge stopom... ale teraz? Przyjemniej na dworze, niz W srodku.
Z racji tego musze przyznac, ze niedawno, w czasie kilku chlodnych i bardzo deszczowych dni wykorzystalam sytuacje i ucieklam z prywatnego domostwa (stary dom bedzie super latem, na pewno) do hotelu.
Oczywiscie budynek w ktorym pracuje nalezy zachwalac zawodowo co sie rozumie samo przez sie, ale bylo mi naprawde milo w przytulnym pokoju, z opcja dogrzewania A/C.
No i teraz wiem, ze wymiana lozek byla strzalem w dziesiatke. Nowe malzenskie loza i srednio-twarde materace - bardzo bardzo trafione.

Moze jednak z pogoda i ta zimowa niewygoda jakos sie zasymiluje? Bo powoli zauwazam, ze coraz mniej rzeczy mnie dziwi, specyfike pracy urzedow i pojedynczych uslugodawcow rozumiem coraz lepiej i akceptuje, co sie przydarza. To, co bilo po oczach, zaskakiwalo - staje sie domyslne i harmonijnie wtopione w krajobraz.
Sama sie wtapiam, asymiluje, przenikam. Coraz wiecej greckich znajomych, coraz glebiej zapuszczane korzenie.  (ale nie, po namysle: do tego kiepskiego budownictwa nic nigdy mnie nie przyzwyczai!)

Rozmawialam niedawno z Marylin. Amerykanka, ponad 30 lat tutaj, maz Anglik, dzieci urodzone tutaj, spokojna emerytura po 30 latach pracy w gastronomii.
-Ludzie prosza mnie czasem o rady. Chca sie tu przeniesc, uciec z zimnej Polnocy, a ja mowie poczekaj, zamieszkaj na rok i zobacz. Przezimuj tutaj.  To, o czym marzysz, moze bolesnie rozczarowac.  I wcale im sie to nie podoba, ze tak "odradzam". I potem sa zale i bole, stagnacja, dream house pusty, depresja i brak towarzystwa.
        -Ale Marylin, tobie sie udalo. Jak to sie stalo, ze tu zostalas?
-Podrozowalam po Europie i wypadla mi na Krecie zima. Ot tak, wtedy tez poznalam tu Allana i postanowilismy byc razem. Tylko jak - ja do UK? on do USA? Tu sie poznalismy i tu zostalismy. Nie mielismy zadnych oczekiwan, wzielismy sie do pracy i do normalnego, zdyscyplinowanego zycia

Sluchalam jej i myslalam sobie - skoro ja tez tu tak trafilam "przypadkiem" i nie hodowalam w sobie zadnych konkretnych wyobrazen i oczekiwan, a po prostu wzielam sie do roboty, to moze jestem na najlepszej drodze, by wiesc tu satysfakcjonujace, owocne zycie?


PS. Ktos, kogo uwazalam na poczatku za zyczliwa mi i ciekawa osobe, przedstawil Marylin jako zadufana w sobie, wyniosla, malo przyjemna kobiete. Czas zweryfikowal prawde prawdziwa. Marylin jest pewna siebie, zadowolona z zycia, zdystansowana i konkretna babka, a osoba, ktora ja obsmarowala jest sftrustrowanym, niestabilnym emocjonalnie, zawistnym alkoholikiem.

Ot, mowi sie, ze czas leczy rany. Obnaza takze i bezlitosnie odziera ze zludzen.



Tuesday, January 20, 2015

11.11. Święto, niepodległość, nieporozumienie

Podrzucalam znajomego na lotnisko w ten szczegolny dla PL dzien.  Co prawda o 04:00 ruszajac do Chani skupialam sie na drodze i kawie i na tym, by spokojnie przejechac zamglona doline za Spili.

poranna listopadowa mgla w dolinkach
miedzy Spili a Armeni
Spili jest w gorach, a potem dalej w kierunku Rethymno, na wysokosci Plakias, przez kilka km sa dolinki, gaje oliwne, kotlinki i niecki. Troche plasko i nisko, ale w otoczeniu gor, co powoduje, ze nad ranem uwielbia sklebiac sie tam biala jak mleko mgla. Akcja lotnisko byla szybka, za to samotny powrot prawie 2g / 130km troche sie dluzyl. Nie mialam nic przeciwko temu, obserwowanie wyspy budzacej sie do zycia, tego spektaklu mgielek, rosy, rozblyskow slonca, pierzchajacych chmurek jest magicznym przezyciem. Puste drogi, zaspane koty i psy, w gorach wysoko na niebie widac potezne jastrzebowate i orlowate szybujace dostojnosci. I wtedy zaczelam sobie myslec.


Jedenasty listopada, niepodleglosc, okupacja, walka o wolnosc. Co to wlasciwie znaczy? Ze mozemy robic, co chcemy? Ze nie ma zadnych okupantow, ktorzy nas ograniczaja? Ostatnie wiesci z Polski o kursie franka i frankowiczach pokazuja, ze z ta wolnoscia to tak nie do konca. Kredyt skutecznie czlowieka uziemia i wybija z glowy swawolne glupoty. Ale ja nie o tym.

Mialam piekny dzien, zatrzymalam sie na tej pustej plazy i dumalam, jak to wspaniale, ze moge sie zatrzymac tam, gdzie chce. Moge patrzec na wschod slonca. Ze nie musze sie bac i nerwowo obracac przez ramie, czy obawiac sie, ze jak wroce do domu, to czy on tam jeszcze bedzie stal. Polska stracila niepodleglosc na 123 lata, to liczac srednio 5 pokolen. A Grecja? Turecka okupacja trwala 400 lat. 16 pokolen. Czas bez konca i bez poczatku. Dlatego nie wiemy nic o Grecji z czasow odrodzenia, baroku, i dalszych epok nowozytnych. Nie ma. Byli Turkowie, ich rzady i wiecznotrwaly opor ze strony Grekow, trzymanie sie tradycji ze wszystkich sil. Ale ja tez nie o tym.

Mysle, ze gdyby te kilka polskich pokolen, ktorym przyszlo zyc w czasie, gdy ich kraju nie bylo na mapie, gdyby ci, ktorzy szli walczyc w powstaniach, ci ktorzy kombinowali i wymyslali formy oporu,  ci, ktorzy ryzykowali represjami za mowienie w ojczystym jezyku , ci ktorzy gineli, bo chcieli byc Polakami,  gdyby wszyscy oni mogli spojrzec z gory na dzisiejsze obchody Swieta Niepodleglosci, na tlukacych sie debili, na ludzi obrzucajacych sie czym popadnie i fizycznie i werbalnie, na palenie teczy, na pochody faszystow i neonazistow, na te cala mowe nienawisci, na te przepychanki,  to wszyscy ci, dzieki ktorym dzis mozemy SOBIE SAMI robic taki burdel na wlasnym podworku i skakac sobie do gardel, mogliby z gorzkim rozczarowaniem pozalowac wlasnej walki.. 
puste plaze na zachod od Rethymno



Wednesday, July 16, 2014

nauczka z ostatnich dni

Nie rzucaj drogocennych nasion na skaly. Tam i tak NIC NIGDY nie wyrosnie. Szukaj zyznej ziemi, przyjaznego gruntu. Moze to i potrwa, ale na dluzsza mete sie oplaci. Nie poswiecaj czasu ludziom, ktorzy go nie docenia. Nie pomagaj ludziom, na ktorych nigdy nie bedzie mozna liczyc. Nie dziel sie sukcesem z ludzmi, ktorym w zyciu nie idzie.

Thursday, July 3, 2014

wujek Dobra Rada

Kiedys Radomska popelnila tekst, zartobliwy pean, na czesc Szwagra, co zna sie na wszystkim. Ponad Szwagrem jest jednak jeszcze ktos - a zwie sie Wujek Dobra Rada. Szwagier moze tylko do niego aspirowac.
Wujek Dobra Rada to typ w srednim wieku, ktory wszystko juz przezyl, wszedzie byl, nic go nie zaskoczy, bo wie wszystko lepiej. Czasami rzeczywiscie bywa pomocny, ale przy tym ciezkostrawny.
Zawsze ma cos do powiedzenia i bynajmniej nie sa to pytania, sugestie, refleksje. Takich Wujek Dobra Rada nie miewa, on wydaje jedynie autorytarne sady ostateczne.

Tak bylo w przypadku Wujaszka-budowlanca, ktory instruowal mego znajomego nt nostryfikacji dyplomu z medycyny. Mlody zdradzil, ze sie zastanawia nad wyjazdem za granice, teraz jak UE i w ogole, ale ze sa takie i takie obostrzenia i cos tam, juz nawet nie pamietam, bo Wujaszek Dobra Rada szybko mu przerwal i strescil historie kuzyna szwagierki jego bylej dziewczyny, co za PRL to sobie organizowal i juz moj znajomy mial podany caly plan, jak to zrobic i co jest wazne. 

Inny Wujaszek dobra rada musial mnie wyprowadzic z bledu, bo mimo, ze mieszkam tu gdzie mieszkam (niedlugo, ale juz troche..), to nie znam realiow, jak to jest naprawde z tymi Grekami, bo on byl kilka razy na Krecie i wie dokladnie, mial ol inkluziw w Malii i se pogadal o polityce, ekonomii i ma cale case studies w malym palcu.

Milion lat temu inny Wujaszek z malzonka byl u znajomych, ktorzy nabyli w Pewexie pierwszy kolorowy Sony Trinitron, ale nie wiedzieli jak zaprogramowac cale to ustrojstwo, Wujaszek dorwal sie i spedzil na kleczkach godzine, wciskajac wszystko po kolei, co sie dalo, a malzonka przewracala oczami, szeptajac, ze  w sumie nie wie, co z tego wyjdzie, bo oni maja Rubina i jej malzonek nigdy takiego telewizora na oczy jeszcze nie widzial..

Spotkalam kiedys parke na wczasach w greckiej wiosce, ona ciekawa lokalnego swiata, zadawala mi rozne pytania co gdzie jak, jej Dobra Rada przewracal zniecierpliwiony oczami z kolei, bo on bywal w Turcji, zna Turcje, tam to dopiero maja folklor, tu juz tego nie ma i sie nie znajdzie..

Znajoma kiedys przyprowadzila chlopaka do rodzinnego domu na zapoznawczy obiad. Jej ojciec to byl prawdziwy Wujszek Dobra Rada, ale tez i prawdziwy obiezyswiat.
Pech chcial, ze jej wybranek byl takim mlodocianym, przyszlym Wujaszkiem, zaczal sie temat podrozy i chlopak chcial sie pochwalic niesamowita wakacyjna wyprawa w nieznane do Holandii, ale ze podraznil starego i wszedl w kompetencje doroslego Wujaszka, to go ten zniecierpliwiony podsumowal:
-A, w dupie byles, gowno widziales.

Wujek Dobra Rada to bardzo typowy Polak, mowi duzo i glosno, kazdy temat podchwyci i zdominuje. Musi sie wykazac i blysnac. Testosteronik buzuje, zwlaszcza po whisky z cola, czy wodeczce z oranzada.
Powoli odkrywam, ze zdarzaja sie Wujaszkowie i w innych nacjach, choc nie tak licznie.
Zawsze jednak tak samo irytujacy.

Nieruchawy Belg z nadwaga zna Krete na wylot i tlumaczyl mi, ze nie da sie tu jezdzic na rowerach, ze kilkaset zachwyconych osob musi byc w bledzie i sie nie znaja.
Austriacki sezonowy przewodnik wycieczek tlumaczyl mi, jak to jest niebezpiecznie na greckich drogach, ale gdy go zapytalam, czy kiedykolwiek jezdzil samochodem poza sezonem, gdy nie ma turystow i na drogach sami Grecy, okazalo sie, ze nie, nigdy.
Pewien nauczyciel wyjasnial mi, ze niejedzenie miesa bywa zgubne, bo pokazuja jakies badania na niedozywionych dzieciach w Afryce i w Ameryce Poludniowej, ktore nie maja miesa w jadlosposie,  ze doprowadza to do jakichs form uposledzenia intelektualnego.
A ile razy, to juz nie zlicze,  rozmaici milosnicy landszaftow z jelonkiem uczyli mnie wlasciwej sztuki, udowadniajac, ze zmarnowalam kilka lat, bo przeciez uniwersytecki dyplom z historii sztuki nic nie znaczy.

Osci-madrosci, mam nadzieje, ze mozna sie tym czasem zadlawic i ucichnac.

Thursday, June 12, 2014

Zryj mniej, zyj wiecej!

"....  zdaniem dietetykow najczesciej odchudzaja sie ci, ktorzy nie musza"
No to jasne, bo ci co powinni - najczesciej tego nie robia. Dlatego sa wlasnie otyli. 
Taki oto smaczny kasek wpadl mi w rece - dostalam do poczytania prawdziwa polska papierowa prase od sasiadki Polki (Newsweek sprzed paru miesiecy). Co mnie poruszylo na pierwszy rzut?
Artykul o dietach: "Polska na diecie" J.Tomczuka i M.Ciastoch.
Kilka opisanych przykladow ma pokazac sfrustrowanych Polakow i Polki poszukujacych szczescia w redukcji tkanki tluszczowej, pragnacych lepszego zycia i samospelnienia oraz za pomoca nadzorowania wlasnej wagi - kontrolowania rowniez innych obszarow zycia. Biedni Polacy rzucaja sie histerycznie na coraz nowe diety. Zacytowano Macieja Nowaka, krytyka kulinarnego:
zrodlo: net
"...Nie mamy pogladow kulinarnych, ale swietnie wiemy, co jesc, by byc szczuplym, szczesliwym zdrowym. To jakis rodzaj narcyzmu."
Maciej Nowak, nie kwestionujac jego kompetencji na innych polach, sam ma dobre 15 kg nadwagi, wiec w temacie zdrowego odzywiania raczej nie powinien byc cytowany. Szkoda, ze nie uwzgledniono wypowiedzi zadnego lekarza, sportowca, czy innej osoby, zajmujacej sie praca z cialem na codzien. Wtedy moze ponizsza wypowiedz bylaby jasna. Szczuplejszy jest sprawniejszy i zdrowszy (a przynajmniej ma wszelkie ku temu predyspozycje) niz ktos, kto musi dzwigac na sobie 15 czy 20 kilogramow tluszczu wiecej. Psycholog Justyna Domanowska-Kaczmarek mowi: 
"W naszej kulturze chudosc jest po prostu wartoscia. Chudy czlowiek to szczesliwy czlowiek."
W naszej kulturze, czyli jakiej? Czy to zle? A skad to sie wzielo w ogole?
W kulturach wywowdzacych sie z tzw."trudnych" obszarow, gdzie panowal permanentny niedostatek pozywienia, kleski glodu, suszy, nieurodzaju, bycie okraglym bylo jak najbardziej pozadane, stanowilo o wysokim statusie materialnym, zdrowiu, posiadaniu dobr i zapasow pozywienia.

Obecnie, w "naszej" ("zachodniej cywilizacji", amerykanskiej i europejskiej kulturze i tych, ktore wywodza sie z ich kregow) pozywienia mamy w brod i to wlasnie trzymanie wagi w ryzach,
swiadczy o dobrym statusie materialnym i samoswiadomosci, dbaniu o siebie i zdrowiu.

Nie zagraza nam glod, zagraza nam otylosc i brak kondycji fizycznej.  Nie szkorbut, czy anemia,  ale "zapchane tluszczem zyly" i cala masa chorob cywilizacyjnych. Niewydolnosci naszych organow nie wynikaja z braku bialka, witamin i jedzenia w ogole, tylko z zapasienia sie, z nadmiaru przetworzonego jedzenia, z przeladowania!

Szal diet i przerzucanie sie z jednej ekstremalnej na druga jako sens zycia nie jest tutaj wyjsciem oczywiscie, w tym zgadzam sie z wymowa Newsweekowego artykulu, ale po prostu pewne nawyki zywieniowe, samoswiadomosc i samodyscyplina - sa do cholery jasnej niezbedne!!

Czy nie jest smutne i histeryczne zalegiwanie przed TV z paczka czipsow w jednej rece, cola w drugiej w pozycji wieloryba??

Najczesciej winny jest brak edukacji i swiadomosci, czesto podparty do tego po prostu lakomstwem. A brak umiaru w jedzeniu i piciu juz dawno temu zostal zakwalifikowany jako grzech. Religijny, nawet nie zdrowotny. Prawdziwa, chorobliwa otylosc, czy zaburzenia zywienia na tle emocjonalnym - to osobna sprawa, na rozmowe z lekarzami, ale w te rejony autorzy artykulu juz sie nie zapuscili, ale ironizuja dalej:
"Czujnosc trzeba zachowac tez podczas zakupow.
Jezeli zwyklej osobie zajmuja one 30 min, to odchudzajaca sie spedza miedzy polkami 2 godziny. Katarzyna w supermarkecie bada sklad produktow: probuje znalezc chrzan bez cukru (prawie sie nie da), jogurty bez zelatyny wieprzowej."
Czyli kim jest tu  ZWYKLA osoba? Takim ulubionym przez koncerny konsumentem, ktory robi szybkie zakupy, bez ceregieli i naiwnego studiowania etykiet, a kieruje sie cenami i wielkoscia ladnych opakowan? Przeciez tylko taka nawiedzona stac na luksus 2 godzin w markecie, bo zachcialo jej sie doktoratu z Analizy Etykiet i Technik Przetworstwa Zywnosci i naiwna szuka teraz jogurtow, ktore sa jogurtami, a nie biala, spreparowana, sztucznie stabilizowana substancja z rozmaitymi, takze chemicznymi dodatkami?

Jestes tym, co jesz.

Kazdy chlopek roztropek wie, ze diesel nie pojedzie na benzynie, zadne normalne auto nie uciagnie na oleju opalowym, a zanieczyszczone paliwo - zmasakruje silnik. Ale jak mowimy o jedzeniu, to juz to myslenie nie dziala. Jedzenie przetworzone, nafaszerowane chemia, przesolone, przeslodzone - nie przeszkadza nam. Byleby smakowalo. A w tym pomaga jeszcze wiecej dodanej chemii.
Do tego zremy zazwyczaj po prostu za duzo. Zamiast liczenia kalorii warto by bylo tez przypatrzec sie wadze spozywanych posilkow, ich objetosci.
Oczywiscie zaden koncern spozywczy nie bedzie sie reklamowac haslami typu: "kupuj rozsadnie,jedz mniej, bedziesz lzejszy i zdrowszy",
zamiast tego dodadza 25%  produktu gratis a zeby zminimalizowac ewentualne wyrzuty sumienia u konsumenta, obniza sztucznie kalorycznosc.
"Widzisz? Mozesz zjesc teraz jeszcze wiecej!"

Bylam kiedys z kumpela w supermarkecie. Szczupla, wysportowana i "dietetycznie nawiedzona", wylozyla na tasme swe sprawunki: naturalna maslanka, ciemny chleb na zakwasie bez drozdzy, jakies kasze, suszone owoce na przekaske, kilka swiezych warzyw, wody mineralne.
Przed nami stala klientka z calkiem innym asortymentem: desery jogurtowe, bagietka, kajzerki, margaryna, coca cola, jakies mrozonki, paczka czipsow i kilka batonikow. Pani byla otyla i spuchnieta z goraca, zlana potem, utykala na jedna noge i narzekala na problemy z krazeniem.
Komu nalezy bardziej wspolczuc  - mojej przyjaciolce, ktora je "karme dla ptakow" (ha, tak to nazywaja fanatycy golonek i pasztetow), czy raczej tej pani przed nia???

Sunday, June 8, 2014

rowerowa prawda

Nie wiedzialam, ze aby dojsc do wnioskow, ze ludzie jezdzacy rowerem sa szczesliwsi niz kierowcy, ich pasazerowie i pazaserowie transportu publicznego, trzeba byc profesorem na uniwersytecie i przeprowadzic powazne badania na tysiacach ludzi!
A wlasnie tutaj sie tego dzis rano dowiedzialam: 
Osoby, używające roweru jako środka transportu są ogólnie bardziej szczęśliwe niż ci, którzy korzystają z innych środków transportu – wskazują badania opublikowane w piśmie „Transportation”.
Naukowcy z Clemson University w Karolinie Południowej (USA) doszli do takich wniosków po przenalizowaniu danych zebranych wśród ponad 13 tys. osób.
(...)
Osoby podróżujące autobusami lub tramwajami przejawiały najwięcej negatywnych emocji, choć zdaniem autorów badania, częściowo może to mieć związek z tym, że te środki lokomocji są nieproporcjonalnie często wykorzystywane do przemieszczania się do pracy.
 A moze dlatego po prostu, ze sa zawsze zatloczone, smierdzace i spoznione? Trzeba sie sciskac, tolerowac odrzucajacych towarzyszy podrozy, uwazac na kieszonkowcow i uzerac sie z kanarami??


Tuesday, February 11, 2014

kilka slow o architekturze

Znasz powiedzenie "lepiej z madrym zgubic, niz z glupim znalezc"? 
Coz, poszlabym dalej, parafrazujac: "Lepiej z Grekiem balowac, niz budowac"  albo "Buduj z Niemcem, golnij z Grekiem". 

Zdanie, ktore wielokroc sie przewija, aczkolwiek niesmialo,  przez miedzynarodowe konwersacje, brzmi mniej wiecej:
Nie rozumiem, dlaczego w takim pieknym otoczeniu, mieszkancy maja tak wszystko gdzies?..
A tyczy sie szeroko pojetej architektury, wystroju (wnetrz) i aranzacji, ktorych to elementow na tym dzikim Poludniu najczesciej po prostu brak

Sa w Agia Galini stare domy, budowane na poczatku ery stalego osadnictwa, ktore liczy sie od 1884 r. Mozna szacowac, ze te najstarsze maja kolo setki. 
Budowane z kamieni, bez jakichkolwiek nowoczesnych rozwiazan, stanowia dzis zywa szydere ze wspolczesnych klockow. 
Czym sie charakteryzuja te pierwsze siedliska? Coz - opuszczone i zaniedbane (zatargi spadkowe, brak srodkow na renowacje, brak checi..) od wspolczesniejszych wyrozniaja je m.in.:
  • okna od poludniowo-wschodniej strony
  • okna  - naprawde duze, rowne, ze - ze tak pozwole sobie zaszalec - zdobnymi osciezami
  • maja DWUSPADOWE dachy
  • formy U, L, czy prostokata
  • przetrwaly caly wiek, czego nie da sie przewidziec, jesli chodzi o pozniejsze okazy
Wspolczesne domki, czyli budowane od lat 50-60 tych, sa proste, budowane na planie klocka (niekoniecznie lego, jesli juz, to forma sklania sie w strone klocka pochodzenia ... powiedzmy: organicznego, a slowo "plan" to jawne naduzycie). 
Minimalistyczne zapedy murarzy spod znaku art brut nie pozwolily na zaprzatanie sobie glowy takimi glupstwami jak: 
  • rynny
  • okapy
  • narozniki 
  • kucie kanalow na kable czy kanalize
  • izolacje: wata, styropian, glina
  • piony i poziomy - da Vinci byl architektonicznym extremista, Vitruwiusz to samo, a nawet gorzej, bo poganin, a poziomica - to nazwa choroby poimieninowej
  • rozroznienie na farby do wnetrz i farby do elewacji


Jesli spotkam kogos, kto bedzie mi piac nt uroku greckich domkow, to go palne w pusty leb. I zaprosze na zime. 
Dlaczego domki maluje sie co roku na bialo?
  • no bo trzeba zakryc po zimie zalania, zacieki, grzyby, zluszczenia
  • bialy kolor tak mocno odbija slonce, ze az boli i dzieki temu nie mozna sie za bardzo wpatrywac i doszukiwac skuch

Hmm, nie. Nie podejrzewam mieszkancow o tak wyrachowane podejscie do tradycji. To wytwor mej wlasnej wyobrazni, skostnialej we wnetrzu jednej z takich chatynek. Pada, wieje, duje, kapie na leb, ciagnie ze wszystkich katow. 
Ja rozumiem, ze zima, Lubie chlod, sama mieszkalam w kamienicach, gdzie tempertura wahala sie 18-16 C, ale to bylo wowczas, gdy na dworze sciskal mroz -10 C. 
Tutaj jest cieplej na dworze, niz w domu... i najwazniejsza rzecza za dnia jest pootwieranie okien wychodzacych na poludnie, by dogrzac zimne katy, o ile ma sie to szczescie do kierunkow swiata.

Na poludniu Krety, przy odrobinie pomyslunku, sprawnosci i wysilku moznaby spokojnie budowac domy, ktore bez ogrzewania dadza rade i beda naprawde przytulne. Tylko budowlancy najwidoczniej nie widza sensu. 

*wszelkie narzekania powstaly pod wplywem chwili i sa absolutnie subiektywne. Dotycza lokalnej, napotykanej co dnia zabudowy malomiasteczkowo-wioskowej. Efektem jest lekka alergia i podraznienie zmyslow estetycznych.

Friday, January 31, 2014

o nomadach

Poza lokalsami, dramaturgami, turystami wyroznialam i nazwalam kolejna grupe przewijajaca sie przez okolice:
NOMADZI
Wyjechani z ojczystego kraju, mieszkaja, gdzie chca. Zyja prosto, wedle swych zasad. Poznajesz taka osobe i w ciagu krotkiej rozmowy od razu przechodzi sie do sensu, do istoty, do tresci. Czuja sie dobrze i pewnie, bo nikogo i niczego nie udaja (niecenzuralnie: sram na pozory)
NOMADZI bujaja sie tu i tam, ale potrafia szybko i tresciwie skleic sie ze soba podobna istota. Na chwile rozmowy, w czasie wspolnej podrozy, wymienic najwartosciowszymi rozmowami i bezbolesnie odkleic, podazajac w swym kierunku dalej. 

Przyklad takiego nomadowego wieczoru: 
Znajoma znajomej, Polka, nawiazala ze mna konktakt przez Fb, ze bedzie przejazdem w okolicy ze swym belgijskim chlopakiem, z ktorym rozmawiaja po hiszpansku, bo w Hiszpanii sie poznali i tak zostalo. Podrozuja po Europie na rowerach, wolni, nie obciazeni zbednym dobytkiem. Wieczor spedzilismy wspolnie przy stole z jeszcze z Niemcem, Holendrem i Norwezka, rozmawiajac po angielsku o antropologii, tancu, wolnosci, rowerach i podrozach. Po knajpce sie rozeszlismy, kazde w swoja strone. Podrozujaca para wyjechala i teraz skleja sie z innymi NOMADAMI w Turcji, wymieniajac sie wiedza, informacjami i inspiracjami.

Tuesday, January 7, 2014

Noworocznie troszke. Madrosciowo

Kumpela zapodala mi dzis linka jutubowego do filmu SECRET. Czas sobie odkurzyc banalne madrosci.
I po raz kolejny wbic do glowy wazne zalozenia.
Nie popelnilam w tym roku jeszcze tego Bardzo Waznego Posta'nawiajacego Noworocznego.
Nie podsumowalam.
A chyba powinnam.
W filmie mowia wyraznie - pomysl, ze co jestes wdzieczna.
A ja jestem wdzieczna za caly ten rok.
Choc nie byl lekki.
Byla przeprowadzka i remont, kolejne remonty w biurze, intensywna praca i rownie intensywne biesadowanie-balangowanie, bylo mieszkanie tydzien bez pradu i zycie 3 tygodnie bez cieplej wody. Bylo sprzedawanie auta, kupowanie auta i zderzenie z celnicza rzeczywistoscia i biurokratyczna machina, obwarowana takimi przepisami, ktorych Philip K. Dick na najbardziej zakreconym tripie by nie wymyslil. 
Byli goscie, wizyty rodziny, zwiedzanie i podrozowanie. Milion nowych twarzy kilkunastu rozmaitych nacji i przegadane najwieksze absurdy, suchary, drama cluby i ..madrosci. Bylo pozegnanie z nikotyna i powitanie dodatkowych 6 kilogramow. I masakryczne zniszczenie wlosow: slonce+sol+woda.. Ech, dzialo sie, dzialo. 
Sytuacje extremalne powodowaly sila rzeczy extremalne reakcje, wiec, no pisze.. sie dzialo. 
Nauczylam sie paru roznych ciekawych rzeczy.  I czas na nowe wyzwania. 

Pracowac systematycznie i efektywnie i z takim samym zapalem pielegnowac hobby
Skupmy sie na podstawowych przykladach zajec dodatkowych:
  • malowanie i inna praca tworcza
  • nauka greckiego 
  • zdrowe odzywianie sie 
  • sportowanie sie
Zalozylam w tym celu z kumpela bloga, blozeczka, gdzie wzajemnie mozemy sie motywowac, inspirowac i podkrecac do dzialania.

Z madrosci: 
  • jak najszybciej weryfikowac znajomosci:
zadaje sobie pytanie - czy ten czlowiek mnie ciekawi, inspiruje, jak sie czuje po spotkaniu z nim? Pelna checi do dzialania, czy wkurwiona i zniesmaczona tym podlym swiatem? Bez sil, energii?  Czegos nowego sie dowiedzialam, co chetnie zapisze sobie, a innym powtorze? Czy na pytanie: -A o czym tak dlugo gadalycie? Moge jedynie machnac reka: -A nie wieeem, takie tam, dyrdymalki, eee. 
Bo gadanie dla zabicia samotnosci jest jak uporczywe zabijanie czasu i smetne zapijanie robaka - bez sensu, dolujace i slabe. Po ktoryms z pierwszych spotkan z X., nauczycielka jogi, podziekowalam jej: -Wiesz, naprawde doceniam to, ze przez 2 godziny plotkowania z toba, gadalysmy o milionie spraw, ale ani razu nie zaczelas mi opowiadac pikantnych szczegolow i ploteczek o ludziach z miasteczka! Nie wiesz, jak to jest odswiezajace. Dziekuje.
Uciekac z DramaClubs a szukac Wymiataczy! A jak sie takiego znajdzie - to pielegnowac kontakt i wyciskac dobrodziejstwa jak cytryne. Ozywczo i odpornosciowo.

  • zastanowic sie kto w zwiazku jest madrzejszy:
Baska, ryczaca szescdziesiatka, Killing Machine i "kuzynka" Sophii Loren rzekla mi: Sekretem zgranego zwiazku jest to, ze jedno musi byc nieco glupsze od drugiego. I nie chodzi o dumb, tylko silly. Jedno bedzie czesciej ustepowac i zdawac sie na drugie. Inaczej zwiazek partnerski przerodzi sie z czasem w pole walki. Bo poczatkowo latwo isc na te kompromisy. Z czasem coraz trudniej odpuszczac. Trza sie zastanowic wiec - czy ja, czy on. Kto tu tak naprawde jest madrzejszy? Kto jest glowa, a kto faktycznie szyja do jej krecenia? (no dobra, nie musze podpowiadac, ze juz sam fakt zadawania sobie takiego pytania rozwiewa watpliwosci, nie? ;) 
Moja przyjaciola pewna ma w rodzinie swietnego faceta - przystojny, ogarniety, pracowity, oddany ojciec i wyglada na to - ze i dobry maz. To, na czym wielu ludzi wokol debatuje od lat to: jak to sie stalo, ze taki fajny facet zwiazal sie taka glupiutka dziewczyna?? Ladna, mila, ale panna zagubiona, wszystko ma podane na tacy, ale nie ogarnia. No i lepiej nie zagajac do niej z wyzszej polki. Jak uslyszalam opowiesc Baski, doznalam olsnienia - towarszyska tajemnica ostatniej dekady sie rozwiazala - ta niby nierozgarnieta dziewczyna jast taka madro-glupia, dzieki jej niefrasobliwosci, niezorganizowaniu i gulowatosci jej maz ma szanse zawsze byc dzielnym rycerzem i nikt go w tej roli nie sabotuje! Nikt nie spycha z piedestalu! Nie podwaza i nie paralizuje gniewna retoryka. Laska jest na to za glupiutka, wiec on jest spelnionym numero uno Alfa, a ona ma swiety spokoj, (niby) dwie lewe rece - wiec i caly swiat do pomocy.

  • odpuscic czasem facetowi i go  p o h o d o w a c:
O co chodzi? No powiedzmy dyplomatycznie - zwrocic sie w strone jego zwierzecej natury, dac przyzwolenie, by odkryl w sobie jaskiniowca i zamiast wymagac, by 24h byl atrakcyjny jak Jason Momoa i konwersowal na poziomie Umberto Eco - to raz na jakis czas mozna wziac chlopa napasc, napoic i zagonic niemytego do barlogu, dajac mu uprzednio mozliwosc urzniecia sie z kolegami i potaplania w testosteronie. Bedzie zachwyconym zwierzakiem. Ale to tylko raz na jakis czas, nie ma tak dobrze.
Jak masz roslinke - to podlewasz i czekasz az zakwitnie. Nie oczekujesz przybijania piatki z paczkiem rozy. Jak masz psa - to wiadomo, przyniesie co najwyzej gazete, a nie swiezo mielona  kawe z ekspresu, ale ma za to proste potrzeby: fizjologiczne, ruch, micha zarcia, podrapac za uchem - i radosnie nam zamacha ogonkiem. Dowiedzialam sie, ze z facetami bywa bardzo podobnie. W koncu to nie my odwolujemy sie do ich "maczyzmu", samczyzmu", problemu amanta jaskiniowego i konskich zalotow (sorry, dziewczynki tego nie wymyslily!)

  • pytac lokalnego naszego ksiegowego o kazda rzecz, ktora by sie chcialo wykonac, zalozyc, przeprowadzic, otworzyc... On z absurdami greckiego prawa jest na biezaco, ich dawki dozuje i przyjmuje codziennie od dziecka - nie wywoluja u niego takiego szoku, jak u nas. Znosi te prawniczo-przepisowa paradoxowiroze calkiem dobrze i wie jakich skutkow ubocznych  i - kiedy - mozna sie spodziewac.

Tak wiec, uzbrojona w nowe checi i arsenal madrosci, pomna historii o Dawidzie, Goliacie i o graniu wedle wlasnych zasad - jestem gotowa na NOwy ROk, by brac sie za bary z ciekawostkami, ktore dla mnie przyszykowal!







Sunday, January 20, 2013

pierwsze koty za ploty, czyli powoli sie ogarniamy

Pierwszy tydzien minal, wiecej, mamy dzis niedziele, wiec od czwartku oddycham kretenskim powietrzem cale 10 dni.
Sporo sie podzialo, wrazenie bytnosci tutaj jakos elastycznie sie rozciagnelo nie do tygodnia, lecz calych tygodni.. 
 
W wielkim skrocie:

CZWARTEK:
dojechalismy z Heraklionu do Agia Galini na poranna kawe u Sue, i zaczela sie goraca linia z niemieckojezycznym pracownikiem naszego sedziwego landlorda, mieszkajacego w Atenach w sprawie kluczy do mieszkania. Sasiad poprzedniego najemcy od innego lokalu, ale tego samego wlasciciela, ma z nim kontakt i dostep do kluczy. Zrozumiale? Nie wiemy gdzie on mieszka, ale jego sasiad pracuje w poblizu i zabierze po drodze do pracy te klucze. Proste, nie? Po greckiemu proste. Dotarcie do zrodla kluczy i wbicie na kwadrat zajelo nam niemal trzy godziny. Rozpakowanie auta. Sprawa lozek – pozyczylismy lekkie i wygodne lezaki od Kai. Pierwsza noc-ciezka. Byla kolacja w tawernie i powitalne raki, ale potem zimno i ciemno. Swieczki, spiwory i para z ust.
Chyba wolalabym spac na dworze, jak sie okazalo – tam cieplej niz w wyziebionej chacie. 
 
PIATEK
zawalczymy o prad. Pojechalismy do Spili. Wrocilismy z niczym. Potem sama tam jeszcze pojechalam walczyc do konca. Ingo malowal chate. Potem ja troche tez. Wieczorem dopadl mnie kryzys. Zmeczenie ostatnich tygodni sie skumulowalo plus jakas presja pracy i szybkich efektow i ich cholerny brak, i cisza i lokalna stagnacja. Nie mamy pradu, nie ma neta, zimno, ciemno, mzawka, w jednej tawernie graja w karty, z wlascicielem wlacznie, wiec nie ma co liczyc na cieply posilek, w innej tylko grillowana wieprzowina, inna zamkniete, w renowacji itd. Przygnebilo mnie wszystko. Ingo zabral mnie do Kokkinos Pyrgos, a tam niespodzianka, cieplutka tawerna, miejsce przy kominku i swiezo zlowione red-barbs z glebokiego oleju. Mniam!!! Z pelnym zoladkiem zycie jakos stalo sie znosniejsze. 
 
SOBOTA
c.d.: malowanie chaty. Deszcze. Przyjechal transport z naszymi klunkrami i tobolami. Lozko! Pralka! Nowe swieze ciuchy! Moje kosmetyki! Otwieralam karton po kartonie, ktore sama popakowalam i na kazdy cieszylam sie jak dzieciak u sw. Mikolaja. Prysznic sloneczny (daje nam nowe mozliwosci oswajania sie z higiena) oraz gazowa jednopalnikowa kuchenka campingowa. No, bajka!!!

NIEDZIELA
Malujemy i organizujemy sie dalej. Wykorzystujemy swiatlo dnia. Wieczory – romantycznie przy swieczkach, ale juz w przytulnej sypialence, w lozku, po ludzku.

PONIEDZIALEK
Rethymno, prad – proby zorganizowania i przepisania licznikow. To na kolejny post osobna historia.

WTOREK, SRODA, CZWARTEK:
nihil novi, romantyczne noce przy swieczkach i lokalnym cienkim winie. Mycie, pucowanie, ukladanie, sprzatanie, sprzatanie i gotowanie. Ingo dziala w warsztacie, ja domowo.

Az nasze zycie uleglo diametralnej zmianie w PIATEK: przyszedl PRAD!! (historia szczegolowa: dalej)

Trzeba opisac pokrotce tlo akcji: zycie toczy sie w Agia Galini zimowym rytmem, co znaczy:
odpoczywamy, olewamy, jedziemy na pierwszym biegu albo i patoczymy sie na luzie.

Jesli chce sie cos wyslac, trzeba pokwapic sie do sasiedniej miesciny, tutaj listonosz i poczmistrz w jednej osobie ma 3-tygodniowy urlop i nie ma nikogo na jego zastepstwo. Odebrac mozna w piekarni – na przeciw poczty podrzucili piekarzom karton z listami – i jesli sie czegos spodziewasz, idziej i buszujesz w przesylkach. 
 
Zimowy rytm znaczy tez: nie mam jeszcze, nie mam na sklepie, nie mam na razie, sprowadze, sprawdze, ..oj ciezko dostac dobre, swieze tzaztiki teraz w knajpie – jak juz to w weekendy albo w lokalsowych tavernach. 
 
Lokalsowe taverny – miejsca prowadzone przez lokalsow dla lokalsow.Tam gdzie siedzi ziomek, jego dzieci mu pomagaja za lada, czasem jego stara, a wokol wpadaja ziomkowi kuzyni, bracia, szwagrowie kuzynow i wujkowie zarowno ze strony ziomka jak i jego zony. 
 
Turysci boja sie tam zapuszczac, chmara czarno-odzianych brodatych gorali, ktorzy przekrzykuja sie w dymie papierosowym i oparach grillowanego miesiwa naprawde oniesmiela, ale wlasnie w tych soczystych, szorstkich, byle jak zaprojektowanych, niezbornych i pozbawionych cepeliowego blasku odpicowanych turkusowych krzeselek miejscach, wlasnie w tych szaro-buro-bialych wnetrzach pelnych niedopieszczonej, surowej stolarki, mozna spotkac sie z lokalnym smakiem, gorale sa naprawde soba, nie klaniaja sie w pas, mlaskajac z usmiechem anglojezyczne frazy, ale pokrzycza cos po grecku, zamawiasz na chybil trafil tak mniej wiecej kojarzac nazwy potraw, a potem wlasciciel, jak ma dobry humor, przyniesie szota raki, dla ciebie i dla siebie i nie ma zmiluj.
Zreszta z zamawianiem u lokalsow nie ma duzo roboty:
tzatziki
greek salad
frytki
mieso: gyros, wieprzowina z grilla, jagniecina z grilla, czasem mozna utrafic na kozine czy baranine, czy swiezo upolowanego zajaca prosto z gor.
Szaszlyki, kotlety, steki. Mieso, mieso, podstawa :)

Ex-pats, czyli Niemcy, Angole i inni obcokrajowcy, ktorzy tutaj zarezydentowali na dobre, bez obaw zapuszczaja sie w te lokalsowe przasne taverny, na kolacje, partyjke pokera, czy darta. Generalnie sa tu dwa obozy: niemieckojezycznych rezydentow i anglojezycznych.
Maja swoje rewiry, knajpy, kafejki, oczywiscie nie ma zadnej awersji czy jawnych podzialow, czesto sie spotykaja i razem imprezuja, ale gdzies tam na takiej codziennej, kumpelskiej platformie rozmijaja sie przyjacielsko w zaulkach Agia Galini.

Kolejne sprawy do opisania to historia pradu (dluzsza opowiesc z moralem, naglym zwrotem akcji i az ..prosiloby sie o trupa w szafie..)

Na teraz Corin:
najcudniejszy, najcierpliwszy pies na swiecie przezyl dzielnie trzydniowa podroz, dwa promy i prawie 1900 km lacznie..
Corin kochajaca scigac koty i psy, jak zapowiedzialam, tutaj bedzie musiala przestac kochac i tyle. 
 
Psy – sa male, szewndaja sie to tu, to tam, wiekszosc jest neutralna lub ewentualnie ciekawska. Jest tez halasliwa klika trzech kudlatych wylinialych pokurczow, ktore terroryzuja wiekszosc innych miejscowych burkow. Gonia, przeklinaja w nieboglosy, osaczaja i przeganiaja, taka mini-mafia psia. Corin zgupiala jak podlecialy nas „przywitac“ a ich jazgot kompletnie ja oszolomil. Ja nie moglam przestac sie smiac z tych malych oblesnych wandali. Ostatecznie nic nie zrobily, za madre sa, by podkoczyc molosowi na odleglosc pyska, w ktorym taki maly gangsterski siersciuch zmiescilby sie w polowie.

Koty – to osobna bajka. Wiekszosc sie teraz migdali, przemyka cichaczem zajeta swoimi romansami. Bo jak juz na blogu wspominalam – one tu nie uciekaja. Ani przed ludzmi, ani przed psami. Oddalaja sie, owszem, odwracaja z niesmakiem i godnoscia – owszem, ale nigdy w poplochu nie salwuja sie ucieczka, oj nie nie. I tak, jak przechadzam sie z Corin, to koty generalnie sobie patrza. Ale jak one patrza! Az mnie sama przechodza ciarki. No bo kot, ktory jak skamienialy, patrzy na niemal 40-kilowego psa jak na wielka, tlusta mysz, ktora mialby chec upolowac, to nie jest chyba do konca normalne.

Tak wiec generalnie nie ma problemu: psow malo i sa nieszkodliwe, kotow jest duzo i sa niebezpieczne.
Corin zajeta jest wachaniem calego algowego syfu na plazy, obsikanych palm, kocich lezanek w naslonecznionych zauklach, owczych i kozich bobkow, tych wszystkich intensywnych zapachow kwiatow i ziol, i ziemi, ktora teraz opija sie deszczami, jak nieprzytomna. Musi sie opic na potem, na jakies 6-7 wiosenno-letnich miesiecy, kiedy slonce probuje ja wypalic na wskros. To teraz wszystko kwitnie i rosnie na wyscigi, zeby sie nakwitnac na caly rok i napachniec ile wlezie.
A sucza, slynny w rodzinie niejadek, zwariowala jesli chodzi o zarcie. Nigdy za bardzo nie sepiaca, ot tak dla sportu z nowymi osobami przy stole – teraz, kiedy zaczyna sie gotowanie, szykowanie przekasek – ona pierwsza! Kreci sie pod nogami, sprawdza po dwa razy, czy cos nie spadlo, fryteczka? Wow! Chleb? Wiecej wiecej! A do tego – tak jak nigdy nie rzucala sie na sery, to teraz – feta? Tak! Tak! Kawalek jakiegos zoltego? Znika w paszczy raz dwa. I chce wiecej. Niesamowite. Zrobilam krem brokulowy, i do karmy chlapnelam jej z dwie lyzki na omaste – myslalam, hm, zobaczymy, jak ci takie warzywka podejda... Rano dzis patrze – micha wylizana. Chlebka! Oliwy! Resztek ryb z knajpy! Frytki! Warzywko! I do tego takie duuuuze oczeta! Mniam! :)

A potem spi otulona w kocyki i nieraz slysze w srodku nocy kwilenie, gonitwy, sapanie, poszczekawianie.. Jakies intensywnosci sie snia, sensacyjne sny na calego. A od rana – zaczyna sie lezakowanie na tarasie. Slonce, panorama na miasteczko, odglosy zycia. Super film.

Piekny ranek, juz mamy niemal 20 st. C, Corin oczywiscie juz sie tarasuje na kocyku, ja po kawie musze sie ogarnac porannie. Do tego pranie wyszlo, ale samo to sie juz nie powiesi.
Ta niedziela, dzien dziesiaty – jest dniem zaplanowanego braku planu w sensie pierwszy raz dzis mamy dzien bez zadan, jak bozia przykazala. Obiad, spacer, popisac, net, maile, ale na luzie.

Na wyzsze biegi wskoczymy od jutra, ale cala niedziela jeszcze do tego czasu.

Spacer byl 40 min po plazy. Troche lokalsow leniwie sie tez przechadza, inni pracuja. Tak tak, niedziela niby dniem wolnym, ale tu korzysta sie z pogody i jak w niedziele nie pada i nie wieje – no to wio! Remonty, naprawy, wyburzanie i przebudowywanie.
Ale jeszcze Agia Galini w niczym nie przypomina tej letniej, w pelnej krasie, wyszykowanej dla turystow, ze sklepikami na kazdym rogu, rej-banami za kilka euro i masa innego wesolego, cepeliowego badziewia. Teraz Agia Galini wyglada jak starsza pani, ktorej podwialo spodnice, a ona zapomniala rajstop anty-zylakowych. Az glupio rozgladac sie po zaulkach, po kopkach nawianych lisci, po smieciach poniesionych ostatnia ulewa; wszystko jest celowo zaniedbane, off-season i miejscowi korzystaja tego na calego.
Bo jak zacznie padac, to uliczki zamieniaja sie w rwace rzeki. Jak wieje, zwlaszcza ten cieply wiatr z Afryki, ktory miejscowi nazywaja scirocco, to z taka sila, jakby ktos z zewnatrz kopal w drzwi i okna, chcac dostac sie do srodka. A jak zaswieci slonce, to grzeje do szpiku kosci i wypala kolory wywieszonego prania.
Na spacerze z Corin spotkalam Norwezke, ok. 55-letnia tancerke, ktora studiowala taniec w Londynie i tam pracuje, prowadzac rozne kursy i warsztaty a odpoczywa i zyje pelna piersia na Krecie. Ucielam z nia kwadrans filozoficznej pogawedki na temat odwiecznych „miec czy byc?“. Ona, zeby miec, musi popracowac od czasu do czasu w Anglii, no bo tam porzadna kasa, ale by byc i cieszyc sie zyciem, no to tylko na Krecie. Potem doszlysmy do tego, ze zeby to osiagnac, zeby wiedziec, kiedy powiedziec STOP, kiedy odpuscic, kiedy (powiedzmy to sobie patetycznie): podazyc za marzeniami, ze to wymaga wielkiej pracy we wlasnej glowie, wysilku i dyscypliny. Ja nazwalam to dosc obrazowo, ze strasznie ciezko jest puscic sie jednej galezi, zanim nie zlapie sie jeszcze drugiej. Mam przyjaciolke, ktora mi kiedys powiedziala, ze dla niej najwiekszym szczesciem i frajda bylaby prosta praca w gastronomii na jakiejs greckiej wysepce i kieliszek wina na plazy, po pracowitym dniu. Opowiedziala mi to wiele lat temu, ale pamietam, jak ten uroczy obrazek utkwil mi w glowie. Ale to nie bylo moje marzenie. Ja nie mialam w zaden sposob sprecyzowanych takich pragnien. Zycie jest jednak przewrotne i chorobliwie zaskakujace. Dzis to ja zasuwam w greckiej miescinie, pelna obaw i nadziei na przyszlosc, a moja przyjaciola ma dzidzie, meza i mieszkanie z wieloletnim kredytem na dalekiej polskiej polnocy. Zobaczymy co dalej zycie przyniesie. Te zwroty i rozwoje akcji sa nieprawdopodobne. Wielu rzeczy, ktore sie wydarzyly, po prostu nigdy w zyciu bym nie wymyslila, na najwiekszej nawet bani.
Norwezka powiedziala jeszcze, ze to nie kwestia szczescia, kto ma go wiecej w zyciu, tylko tej pracy, tego wysilku i odwagi we wlasnej glowie.
Tak se pogadalysmy chwile na promenadzie i kazda w swoja strone.

Poniewaz Ingo ma teraz huk roboty z Bikestation, to ogar chaty i sprawy kulinarne sila rzeczy pozostawil mnie. I tak niemal po roku przerwy dorwalam sie znow do garow. Po roku – bo w Niemczech to Ingo udzielal sie kulinarnie, a ja mu w tym skwapliwie nie zawadzalam. No i nie wiem, czy nie przesadzilam teraz. Risotto-mniam. Zupa jeden-rewelacja. Zupa dwa-wysmienita. A ten krem brokulowy, no,no. Salatki, salaty i dressingi, sery takie, sery siakie. Ingo wcina i mamrocze pod nosem, ze teraz to moglby tak codziennie (miec serwowane posilki). Haha.