Nie planuj podróży, zrób tylko pierwszy krok, a zobaczysz, że życie poprowadzi cię najbardziej niesamowitymi ścieżkami. Polka z amerykanskim epizodem, niemieckim partnerem i włoskim psem, obecnie mieszka na Krecie i bacznie wszystko obserwuje.
Saturday, February 9, 2013
Friday, February 8, 2013
Powiew defetyzmu z Polski. Podziekuje takim przyjaciolom
Miesiac temu wyklikalam pobozne zyczenia dla samej siebie, te jedyne w roku NOWOROCZNE:
Minely trzy tyg i zapragnelam sie podzielic czyms z bliskimi mi osobami (nie, zadne ciaze)
ze sie za cos wzielam, podjelam decyzje, wyznaczylam nowe kursy dla samej siebie, ze ZMIANY.
No i dostalam kilka odezwow.
Jeden zabolal. Myslalam i myslalam, jak odpisac, o co chodzilo, moze sie przewrazliwilam? moze mi sie zdaje? moze rzeczywiscie moglam wyskoczyc jak taka Mariolka w ekstazie?..
Najpierw obraza mnie dotknela i zabolalo, yy? czemu taki pocisk? pelen syczacej asertywnosci.
potem: ze ja taka? jak smiesz? biedne to i slabe tak cisnac starej dobrej kumpeli (dobrej, myslalam, ze naprawde dobrej) ze polskie buractwo zawsze wyjdzie gdzies bokiem, nawet spod kosmopolitycznej glazury..
a potem pomyslalam, no sorry, widac, nieswiadomie i niezalozenie dotknelam jakiejs bolacej kwestii. A ze nie wiem, jakiej - czy to moja wina, ze nie widzialysmy sie ostatnim razem jak bylam w PL? Ze mi nic innego kumpela nie pisze? nie odpisuje? ze nie wiem, poza przegladem fejsowych relacji na sciance, co w jej zyciu sie dzieje?
Pisze tu o tym, bo gdzies trzeba z siebie wyrzucic;
pisze, bo jestem ciekawa, czy moja dobra-dobra kumpela sama z siebie kiedys tu zajrzy i to przeczyta. Bo ja, sama z siebie, nie mam po co juz jej odpisywac. Nie wiem, co. I nie wiem jak bezposrednio zmierzyc sie z tym czyms, co mozna nazwac przekasem, buractwem, zachnieciem sie, albo obrona na kierowanego kobieca intuicja niezamierzonego przytyka.
Nawet jesli to nie potok i lawina buractwa, to jest to taki prztyczek, taki dyskretny towarzyski pierd buraczany.
Droga kumpelo, faktycznie nie podkreslalas nigdy, co dokladnie jest w twoim zyciu zajebiste, nie chwalilas sie ostentacyjnie, ale i nie ukrywalas takich osiagniec jak: oddany parter/maz, slub za granica, mieszkanie od rodzicow, samochod, podroze, stala, dobra praca, sukcesy w pracy, szalone balangi, wyjazdy, szyte na miare ciuchy, drogie kosmetyki, a nawet wspolpraca z osobistym trenerem.
Moglam cieszyc sie z toba albo moglo mnie skrecac. Wychodze z zalozenia jednak, ze predzej, czy pozniej, wszystko na co zasluguje, przyjdzie do mnie. Wiec sluchalam zajebistych historii, lubilam twoje ciete riposty, bystre spostrzezenia, rodzinne madrosci, trzezwe i ciekawe spojrzenie na wiele kwestii. Setki chyba przegadanych godzin, przy kawie, piwie, wodce, przy samolotowych silnikach, muzyce i szumie drzew.
Teraz mam wrazenie, ze kiedy to ja tobie w koncu jakas historie, anegdote zaserwowalam,
to wyjebalam z moja zajebistoscia w sposob przekraczajacy granice znoszalnosci.
Kiedy nosilam sie z zamiarem wyjazdu z Pl za facetem, rozmawialysmy cale kilometry spacerow, zajebiscie zadawalas mi pytania, podsuwalas znane przyklady, rozne opcje za i przeciw. Pamietam, jak miedzy innymi zaznaczalas, ze to bardzo indywidualna kwestia, ze np ty - nie moglabys zostawic rodzinnego miasta, rodziny, tych prywatnych, waznych, osobistych kregow, by rozpoczynac gdzies daleko wszystko na nowo.
A moze te uwagi tyczyly sie tylko skostnialych Niemiec? Bo kiedy chcialam sie podzielic wrazeniami zycia na Krecie i decyzjami, ktore tu postanowilam podjac, wypalilas mi, ze
To juz twoja prywatna kwestia, a ze na Krecie jest zajebiscie, nie moge tego ukryc.
Dla mnie bomba. Dziko, sielsko, dziwnie, inaczej i pieknie po prostu, a na defetyzm - sorry nie ma miejsca...
Zamiast wyglaskanej slicznosci - surowosc i szczerosc. i to slonce!!!
Uwielbiam senna zimowa, zaniedbana i rozbebloszona Agia Galini ze wszystkimi lokalnymi swirami. A jest ich sporo.
Ale by moc to przezyc i opisac, i po prostu zakosztowac - zostawilam w Pl wszystko, co trzymalo mnie na powierzchni. Stala prace, rodzine, lokum, przyjaciol.
Zamiast sadzic mi, bym wyluzowala
zadaj sobie pytanie, dlaczego, ze ty bys nie byla w stanie zrobic tego samego, to przestalas mnie lubic?
bo ja chyba wiem.
zebym byla swoja ulubiona osoba, itd..
o rozwoju,
pracy nad sobai takie tam.
Minely trzy tyg i zapragnelam sie podzielic czyms z bliskimi mi osobami (nie, zadne ciaze)
ze sie za cos wzielam, podjelam decyzje, wyznaczylam nowe kursy dla samej siebie, ze ZMIANY.
No i dostalam kilka odezwow.
Jeden zabolal. Myslalam i myslalam, jak odpisac, o co chodzilo, moze sie przewrazliwilam? moze mi sie zdaje? moze rzeczywiscie moglam wyskoczyc jak taka Mariolka w ekstazie?..
Najpierw obraza mnie dotknela i zabolalo, yy? czemu taki pocisk? pelen syczacej asertywnosci.
potem: ze ja taka? jak smiesz? biedne to i slabe tak cisnac starej dobrej kumpeli (dobrej, myslalam, ze naprawde dobrej) ze polskie buractwo zawsze wyjdzie gdzies bokiem, nawet spod kosmopolitycznej glazury..
a potem pomyslalam, no sorry, widac, nieswiadomie i niezalozenie dotknelam jakiejs bolacej kwestii. A ze nie wiem, jakiej - czy to moja wina, ze nie widzialysmy sie ostatnim razem jak bylam w PL? Ze mi nic innego kumpela nie pisze? nie odpisuje? ze nie wiem, poza przegladem fejsowych relacji na sciance, co w jej zyciu sie dzieje?
Pisze tu o tym, bo gdzies trzeba z siebie wyrzucic;
pisze, bo jestem ciekawa, czy moja dobra-dobra kumpela sama z siebie kiedys tu zajrzy i to przeczyta. Bo ja, sama z siebie, nie mam po co juz jej odpisywac. Nie wiem, co. I nie wiem jak bezposrednio zmierzyc sie z tym czyms, co mozna nazwac przekasem, buractwem, zachnieciem sie, albo obrona na kierowanego kobieca intuicja niezamierzonego przytyka.
Nawet jesli to nie potok i lawina buractwa, to jest to taki prztyczek, taki dyskretny towarzyski pierd buraczany.
"hej Kasia, jako, że napisałaś maila zbiorowo, to ja także zbiorowo odpowiadam
(..)
Mówiąc szczerze, tęsknię do czasów kiedy zamiast opowiadać sobie jak jest w naszym życiu zajebiście wspólnie siałyśmy defetyzm i toczyłyśmy ze wszystkiego bekę. Definitywnie czas wyluzować."
Droga kumpelo, faktycznie nie podkreslalas nigdy, co dokladnie jest w twoim zyciu zajebiste, nie chwalilas sie ostentacyjnie, ale i nie ukrywalas takich osiagniec jak: oddany parter/maz, slub za granica, mieszkanie od rodzicow, samochod, podroze, stala, dobra praca, sukcesy w pracy, szalone balangi, wyjazdy, szyte na miare ciuchy, drogie kosmetyki, a nawet wspolpraca z osobistym trenerem.
Moglam cieszyc sie z toba albo moglo mnie skrecac. Wychodze z zalozenia jednak, ze predzej, czy pozniej, wszystko na co zasluguje, przyjdzie do mnie. Wiec sluchalam zajebistych historii, lubilam twoje ciete riposty, bystre spostrzezenia, rodzinne madrosci, trzezwe i ciekawe spojrzenie na wiele kwestii. Setki chyba przegadanych godzin, przy kawie, piwie, wodce, przy samolotowych silnikach, muzyce i szumie drzew.
Teraz mam wrazenie, ze kiedy to ja tobie w koncu jakas historie, anegdote zaserwowalam,
to wyjebalam z moja zajebistoscia w sposob przekraczajacy granice znoszalnosci.
Kiedy nosilam sie z zamiarem wyjazdu z Pl za facetem, rozmawialysmy cale kilometry spacerow, zajebiscie zadawalas mi pytania, podsuwalas znane przyklady, rozne opcje za i przeciw. Pamietam, jak miedzy innymi zaznaczalas, ze to bardzo indywidualna kwestia, ze np ty - nie moglabys zostawic rodzinnego miasta, rodziny, tych prywatnych, waznych, osobistych kregow, by rozpoczynac gdzies daleko wszystko na nowo.
A moze te uwagi tyczyly sie tylko skostnialych Niemiec? Bo kiedy chcialam sie podzielic wrazeniami zycia na Krecie i decyzjami, ktore tu postanowilam podjac, wypalilas mi, ze
"tęsknię do czasów kiedy zamiast opowiadać sobie jak jest w naszym życiu zajebiście wspólnie siałyśmy defetyzm"
To juz twoja prywatna kwestia, a ze na Krecie jest zajebiscie, nie moge tego ukryc.
Dla mnie bomba. Dziko, sielsko, dziwnie, inaczej i pieknie po prostu, a na defetyzm - sorry nie ma miejsca...
Zamiast wyglaskanej slicznosci - surowosc i szczerosc. i to slonce!!!
Uwielbiam senna zimowa, zaniedbana i rozbebloszona Agia Galini ze wszystkimi lokalnymi swirami. A jest ich sporo.
Ale by moc to przezyc i opisac, i po prostu zakosztowac - zostawilam w Pl wszystko, co trzymalo mnie na powierzchni. Stala prace, rodzine, lokum, przyjaciol.
Zamiast sadzic mi, bym wyluzowala
zadaj sobie pytanie, dlaczego, ze ty bys nie byla w stanie zrobic tego samego, to przestalas mnie lubic?
bo ja chyba wiem.
internet
Trzy tygodnie temu zlozylismy podanie o podlaczenie do sieci. Telefon stacjonarny i do tego net, bo inaczej nie da rady. Czekamy, czekamy, dzwonie do Mires i pytam, nic nie wiadomo. Tu biuro, technicy tam, nie ma przeplywu informacji.
Wczo - alarm na komorke - mowisz po angielsku? czekasz na podlaczenie do linii? Jestesmy w Agia Galini, gotowi.
Cala akcja zabrala 15 minut. Tyle ze nie mamy aparatu i rootera - to mialo byc zalatwione PO podlaczeniu, przy odbieraniu kotowego juz kontraktu. W TEJ kolejnosci.
A dzis rano dzwoni pani z biura w Mires - ze wiedza, ze mamy juz gotowe lacze i czy chcemy dzis przyjechac po rooter? Bo jak tak, to oni maja tylko do 14:00 w piatki czynne. No trudno, jak nie, to w poniedzialek, od 08:30. Zapraszaja, czekaja, milego weekendu.
Pewnie, ze bedzie mily.
Teraz necik w Zanzibarze, ploteczki i maly Mythos. Ahoj!!!
Znow piatek i pelno rybackich kutrow w porcie, po ostatnim piatku juz wiem, zeby tam nie isc na spacer z psem, zwlaszcza o polnocy. za duza sensacja :P
Wczo - alarm na komorke - mowisz po angielsku? czekasz na podlaczenie do linii? Jestesmy w Agia Galini, gotowi.
Cala akcja zabrala 15 minut. Tyle ze nie mamy aparatu i rootera - to mialo byc zalatwione PO podlaczeniu, przy odbieraniu kotowego juz kontraktu. W TEJ kolejnosci.
A dzis rano dzwoni pani z biura w Mires - ze wiedza, ze mamy juz gotowe lacze i czy chcemy dzis przyjechac po rooter? Bo jak tak, to oni maja tylko do 14:00 w piatki czynne. No trudno, jak nie, to w poniedzialek, od 08:30. Zapraszaja, czekaja, milego weekendu.
Pewnie, ze bedzie mily.
Teraz necik w Zanzibarze, ploteczki i maly Mythos. Ahoj!!!
Znow piatek i pelno rybackich kutrow w porcie, po ostatnim piatku juz wiem, zeby tam nie isc na spacer z psem, zwlaszcza o polnocy. za duza sensacja :P
znalezione na plazy
Maska co prawda bez szybki, ale z daleka mozna zadac szyku.
Za to laczki - do pary! dla mnie za male, rozmiar 36-37, jeszcze do wziecia,
kulaja sie po plazy.
swieze souvlaki? kebab? gyros? sprawdz sam!!
Czyz ta kozka nie jest urocza? 
Jej obecnosc przy lokalnym fastfoodzie jest gwarancja, ze w tym miejscu serwowane posilki sa naprawde swieze, a dostawy miesa - na biezaco (hyhy, zarcik wegetarianki)widok z gory
Biuro biurem, spotkania, plany, dyskusje - ok.
Ale czas na spacery musi byc.
Dzis poszlam rankiem nie w strone plazy, lecz przeciwnie - drugi koniec Agia Galini -
prowadzacy w gory.
Ale czas na spacery musi byc.
Dzis poszlam rankiem nie w strone plazy, lecz przeciwnie - drugi koniec Agia Galini -
prowadzacy w gory.
| Salata na lunch? Swieza horta, bomba witaminowa i mistrzowski dressing |
| Prosze sie nie krepowac, horty mamy do oporu - srodek sezonu na lokalne, dzikie zielonosci :) |
| Zielono na calego |
Tuesday, February 5, 2013
Stanowisko pracy gotowe
Remont Bikestation zakonczony.
Urzadzamy biuro, jest i warszatowe stanowisko.
Rowerowe gadzety, biurowe, naprawcze. Wszystko nowe, swieze, niesmigane :)
Tak, tak, poszlo zgodnie z planem. Mamy gdzie mieszkac, mamy gdzie pracowac.
Ja mam gdzie lazic z psem, codziennie intensywnie sciezkami gora-dol,
Ingo trenuje jak szalony, rowniez gora-dol, po 80km dziennie, laczac to z praca.
Czuje sie jak na jakims specjalnym turnusie odzywczo-treningowo-reorganizujacym zycie.
Zimowa Agia Galini jest totalnie rozlazla, leniwa i snieta.
Pojedyncze osoby tu i tam, sami swoi. Ptaszki swiergola, slonce przygrzewa i slysze tylko jakies fragmenty rozmow, szelest miotly szorujacej po chodniku, rabanie drewna, gdzies dalej remontuja dom. Czasem jakis kundel szczeknie. Cisza, spokoj.
Rozprzezenie z pelna premedytacja, pozasezonowe lenistwo.
Urzadzamy biuro, jest i warszatowe stanowisko.
Rowerowe gadzety, biurowe, naprawcze. Wszystko nowe, swieze, niesmigane :)
Tak, tak, poszlo zgodnie z planem. Mamy gdzie mieszkac, mamy gdzie pracowac.
Ja mam gdzie lazic z psem, codziennie intensywnie sciezkami gora-dol,
Ingo trenuje jak szalony, rowniez gora-dol, po 80km dziennie, laczac to z praca.
Czuje sie jak na jakims specjalnym turnusie odzywczo-treningowo-reorganizujacym zycie.
Zimowa Agia Galini jest totalnie rozlazla, leniwa i snieta.
Pojedyncze osoby tu i tam, sami swoi. Ptaszki swiergola, slonce przygrzewa i slysze tylko jakies fragmenty rozmow, szelest miotly szorujacej po chodniku, rabanie drewna, gdzies dalej remontuja dom. Czasem jakis kundel szczeknie. Cisza, spokoj.
Rozprzezenie z pelna premedytacja, pozasezonowe lenistwo.
Monday, February 4, 2013
styczen vorbei
| plazowa bogini |
| niecaly kilogram szpinaku |
| oliwa+czosnek -> najwspanialszosc!! |
| dorada, a kuku |
| swieza dorada |
| znalezione na plazy - klapki - i to do pary!! niestety nie moj rozmiar, haha, a maska - bez szybki... |
| Alternatywy 4 po grecku |
| fun, po prostu fun |
| alternatywna wersja choinki |
| po nocnych zawirowaniach plaza pelna skarbow, a gory-sniegu! |
| wietrzny dzien, sol latala w powietrzu |
| miedzy portem a spacerowa promenada |
| chlopaki plywaja codziennie rano |
| koty nie od parady |
| kaczki dziwczaki |
| ...bo nie mial drobnyvh na bilet |
Saturday, February 2, 2013
piatkowy rozklad jazdy
Piatek - przykladowy dzien z mojego zycia na Krecie
rano poszlam na spacer z Corin
i na plazy spotkalam Malcolma i Manfreda.
Niemiec i Szkot codziennie rano kapia sie w morzu, caly rok.
Malcolm ma dwa psy. Pogawedzilismy o sprawach trucia zwierzat i
uwazania na de vollaie z cyjankiem, redukujace ilosc szczurow, kotow i psow w okolicy.
Pojawil sie Pomylony Manoli - dobry duch, bledny rycerz Agia Galini, 70-letni szaleniec,
ktory freestyle'uje po grecku, taki folk-hip hop, zrywa z rabat kwiatki i wrecza je pobliskim kobietom,
Jak mnie widzi, powtarza kria Varsovia, kassia, kassia, kali mera :)
bo kojarzy Polske, Gdansk i Krakow i stolice - zimna Warszawe (to wlasnie znaczy greckie "krija warsowija")
Potem z Ingo pojechalismy do Tymbaki na cotygodniowy targ.
Zakupy, tlumy ludzi i gwar. I jeszcze zakup jakichs bejc i lakierow do Bikestation.
Wrocilam do domu i po ogarnieciu chaty
zabralam "biuro" i poszlam do kawiarni podlaczyc sie do sieci.
Biurowe sprawy, sprawdzanie tego i tamtego. Telefony
Wyszla sprawa pogadania z jedym z hotelarzy, nowy temat sie pojawil, wiec sie zawinelam.
Po drodze spotkalam Xenie, ktora jest jedyna naprawde fit i wysportowana Greczynka, jak tu poznalam.
Xenia prowadzi latem zajecia z hatha jogi nad basenem przy plazowej tawernie.
Pogawedzilysmy kwadrans.
W hotelu nie bylo wlascicielki, jej maz powiedzial, ze kwestia kilku minut.
Poczekalam, moglam odsapnac po kilkuset-schodkowej wspinaczce, pogawedzilismy.
Potem - babka dojechala, obgadalysmy temat.
Do domu, spacer z corin popoludniowy
sprawdzenie remontu Bikestation - czad. i coraz blizej konca
Potem jeszcze net, papiery, rachunki ale juz powoli fajrant, piwko.
Kolacja u Grekow.
Takie malzenstwo - powiedzmy - Grazyna i Zbychu prowadza najzajebistszego fast-fooda w okolicy.
Grazyna wymiata, nikt jej nie podskoczy, bystra babka, rachu ciachu, wszystko swieze, proste, szczere.
a jej maz to juz w ogole.
Wielki Grek, tubalny glos i miesiste wielkie usta, ktorymi usmiecha sie jowialnie na okolo glowy.
A jak Zbychu kreci kebaba i obrzyna go maczeta,
czy napierdziela siekierka polcie miecha, to nikt na swiecie nie chcialby mu podskoczyc.
Mala salka, kamienne sciany, okopcony kominek i banda Grekow i ex-pats.
Wszyscy siedza, jedza, czasem ktos wejdzie z kajtkiem na smyczy,
a ze sami swoi, nie ma turystow - no to kazdy gada z kazdym i cala sytuacja jest jak po prostu jedno spotkanie towarzyskie.
Znow pojawil sie Pomylony Manoli, dostal pite, pospiewal, ucial drzemke i znow nam pospiewal. Rodacy go lubia,
facet totalnie odjechany, troche jak Ed z 'Przystanku Alaska" a troche jak ten stwor z "Przyjaciel Wesolego Diabla"
ale jest grzeczny i serdeczny.
Zyje skromnie, wiec to tu mu dadza kawe, tam talerz zarcia, poczestuja fajka albo szklaneczka retsiny.
Siedzialam i nawijalam potem z Baska - 70-letnia Brytyjka - rzeski umysl i bystre oko.
Swietna babka. Mieszka tu kilkanascie lat, dzierga czapki i kubraczki dla greckich maluchow, zajmuje sie kotami,
i jest jedna z tych cichych szarych eminencji. I opowiada niesamowite historie.
Lubi Polakow, ma do nich wielki szacunek.
Gdy byla kilkuletnia dziewczynka, w czasie wojny jej ojciec wojskowy pomagal prowadzic jakies miedzynarodowe operacje, czesto w ich domu w poludniowo-zach.Anglii, na wybrzezu goscili polscy oficerowie (air force tak powiedziala).
A moze miala okazja poznac kogos z legendarnych cichociemnych??
Po 23:00 bylam juz naprawde zakrecona browarami i padnieta jak betka.
Wzielam Corin na spacer. Gwiazd byla cala masa i wisialy jakos tak nizej niz zawsze.
Port wydawal sie calkiem spokojny, poszlam, bo uwielbiam ten widok na cale miasteczko znad tafli morza.
A tam znudzeni rybacy z dalekich krajow sie krecili, akurat przeladunki jakies mieli;
zagadali o psa, o mnie ze co i jak, ladowali tira do Wloch
a jeden jak uslyszal, ze jestem z Polski, wzruszyl sie niesamowicie.
Tunezyjczyk, jak sie okazalo, jako dziecko kilka lat mieszkal z rodzicami w Kielcach, ojciec byl tam wyslany na jakis konktrat.
facet sie wzruszyl (moze z poczuciem ulgi, ze mieszkal tam na szczescie tylko kilka lat), rozpromienil (sobowtor Kaszpirowskiego)
i z lodzi wcisnal mi siatke ryb.
Wrocilam z oberwana reka niemal o polnocy i musialam zbudzic i opowiedziec Ingo jak to wyszlam wieczorem z psem
i wracam z 5 kg tunczyka ( i z psem nadal, nie wymienilam suczy na ryby)
Puh! Spac!
rano poszlam na spacer z Corin
i na plazy spotkalam Malcolma i Manfreda.
Niemiec i Szkot codziennie rano kapia sie w morzu, caly rok.
Malcolm ma dwa psy. Pogawedzilismy o sprawach trucia zwierzat i
uwazania na de vollaie z cyjankiem, redukujace ilosc szczurow, kotow i psow w okolicy.
Pojawil sie Pomylony Manoli - dobry duch, bledny rycerz Agia Galini, 70-letni szaleniec,
ktory freestyle'uje po grecku, taki folk-hip hop, zrywa z rabat kwiatki i wrecza je pobliskim kobietom,
Jak mnie widzi, powtarza kria Varsovia, kassia, kassia, kali mera :)
bo kojarzy Polske, Gdansk i Krakow i stolice - zimna Warszawe (to wlasnie znaczy greckie "krija warsowija")
Potem z Ingo pojechalismy do Tymbaki na cotygodniowy targ.
Zakupy, tlumy ludzi i gwar. I jeszcze zakup jakichs bejc i lakierow do Bikestation.
Wrocilam do domu i po ogarnieciu chaty
zabralam "biuro" i poszlam do kawiarni podlaczyc sie do sieci.
Biurowe sprawy, sprawdzanie tego i tamtego. Telefony
Wyszla sprawa pogadania z jedym z hotelarzy, nowy temat sie pojawil, wiec sie zawinelam.
Po drodze spotkalam Xenie, ktora jest jedyna naprawde fit i wysportowana Greczynka, jak tu poznalam.
Xenia prowadzi latem zajecia z hatha jogi nad basenem przy plazowej tawernie.
Pogawedzilysmy kwadrans.
W hotelu nie bylo wlascicielki, jej maz powiedzial, ze kwestia kilku minut.
Poczekalam, moglam odsapnac po kilkuset-schodkowej wspinaczce, pogawedzilismy.
Potem - babka dojechala, obgadalysmy temat.
Do domu, spacer z corin popoludniowy
sprawdzenie remontu Bikestation - czad. i coraz blizej konca
Potem jeszcze net, papiery, rachunki ale juz powoli fajrant, piwko.
Kolacja u Grekow.
Takie malzenstwo - powiedzmy - Grazyna i Zbychu prowadza najzajebistszego fast-fooda w okolicy.
Grazyna wymiata, nikt jej nie podskoczy, bystra babka, rachu ciachu, wszystko swieze, proste, szczere.
a jej maz to juz w ogole.
Wielki Grek, tubalny glos i miesiste wielkie usta, ktorymi usmiecha sie jowialnie na okolo glowy.
A jak Zbychu kreci kebaba i obrzyna go maczeta,
czy napierdziela siekierka polcie miecha, to nikt na swiecie nie chcialby mu podskoczyc.
Mala salka, kamienne sciany, okopcony kominek i banda Grekow i ex-pats.
Wszyscy siedza, jedza, czasem ktos wejdzie z kajtkiem na smyczy,
a ze sami swoi, nie ma turystow - no to kazdy gada z kazdym i cala sytuacja jest jak po prostu jedno spotkanie towarzyskie.
Znow pojawil sie Pomylony Manoli, dostal pite, pospiewal, ucial drzemke i znow nam pospiewal. Rodacy go lubia,
facet totalnie odjechany, troche jak Ed z 'Przystanku Alaska" a troche jak ten stwor z "Przyjaciel Wesolego Diabla"
ale jest grzeczny i serdeczny.
Zyje skromnie, wiec to tu mu dadza kawe, tam talerz zarcia, poczestuja fajka albo szklaneczka retsiny.
Siedzialam i nawijalam potem z Baska - 70-letnia Brytyjka - rzeski umysl i bystre oko.
Swietna babka. Mieszka tu kilkanascie lat, dzierga czapki i kubraczki dla greckich maluchow, zajmuje sie kotami,
i jest jedna z tych cichych szarych eminencji. I opowiada niesamowite historie.
Lubi Polakow, ma do nich wielki szacunek.
Gdy byla kilkuletnia dziewczynka, w czasie wojny jej ojciec wojskowy pomagal prowadzic jakies miedzynarodowe operacje, czesto w ich domu w poludniowo-zach.Anglii, na wybrzezu goscili polscy oficerowie (air force tak powiedziala).
A moze miala okazja poznac kogos z legendarnych cichociemnych??
Po 23:00 bylam juz naprawde zakrecona browarami i padnieta jak betka.
Wzielam Corin na spacer. Gwiazd byla cala masa i wisialy jakos tak nizej niz zawsze.
Port wydawal sie calkiem spokojny, poszlam, bo uwielbiam ten widok na cale miasteczko znad tafli morza.
A tam znudzeni rybacy z dalekich krajow sie krecili, akurat przeladunki jakies mieli;
zagadali o psa, o mnie ze co i jak, ladowali tira do Wloch
a jeden jak uslyszal, ze jestem z Polski, wzruszyl sie niesamowicie.
Tunezyjczyk, jak sie okazalo, jako dziecko kilka lat mieszkal z rodzicami w Kielcach, ojciec byl tam wyslany na jakis konktrat.
facet sie wzruszyl (moze z poczuciem ulgi, ze mieszkal tam na szczescie tylko kilka lat), rozpromienil (sobowtor Kaszpirowskiego)
i z lodzi wcisnal mi siatke ryb.
Wrocilam z oberwana reka niemal o polnocy i musialam zbudzic i opowiedziec Ingo jak to wyszlam wieczorem z psem
i wracam z 5 kg tunczyka ( i z psem nadal, nie wymienilam suczy na ryby)
Puh! Spac!
pieskie sprawy
to, ze gory, ze plaza, ze zapachy, ze swieza trawka - to pikus!
ale to zycie towarzyskie tutaj!!!
snilo mi sie kilka dni temu - ze corin przemowila ludzkim glosem
i poprosila o malego maltanczyka, do zabawy.
no i moj sen sie spelnil,
corin ma tu kumpli, albo neutralsow, ktorych olewa,
bo skumala, ze nie warto,
albo malych irytujacych gestapowcow, co pruja mordy,
ale tez nie warto sie z nimi uzerac, wiec olewa!! tak tak!
corin olewa, ewentualnie sie zachnie!
maly Flops jest zakochany po uszy, ale biedak ledwo siega noskiem
do corinowej pipuchy, wiec corin sie poklada i wtedy moga se popatrzec w oczka i pokazuje mu wszystkie osiem cyckow
kilka innych to staruchy albo nieszkodliwe zawadiaki - i reakcje corin-cos niesamowitego,
zupelnie inny pieski swiat, szok: luz , ciekawosc, niedowierzanie
chodzi i niedowierza i sie zachwyca.
za to koty - to jeszcze insza inszosc,
wiekszosc to jakeis mutanty i ja sama sie ich boje.
inne sa ciekawe jak ten z wczoraj - kicia nas zobaczyla - i zapatrzyla sie w corin, zbiegla miauczac z jakiej gory
i zaczela nas sledzic. o co chodzilo - nie wiem, corin najpierw chciala do niej skoczyc,
ale ja powstrzymalam, bo moze ten kot nas podpuszcza i z bliska chce suczy drapnac oczko?
kto ja tam wie?
wiec chcialam isc dalej, a ta czarnulka - mau -mau i za nami
kliknelam kilka fot, myslalam, ze sie posikam,
corin skubala trawke, nieswiadoma, a kot -jak zaczarowany - sledzil ja :)
Acha, wieczorem przechodzilam z sucza kolo kawiarni,
wyskoczyl stamtad krwiozerczy stwor, ktory cala swa potega jakichs 7 kilogramow masy ciala rzucil sie na niemal 40stokilogramowa Corin.
Musialam ja przytrzymac, zeby nie zlamala mu kregoslupa dyscyplinujaca lapa molosa, kiedy
wlasciciel, Brytol wyskoczyl z knajpy lapac psa i przepraszac, a ja nie moglam przestac sie smiac.
-Twoj pies to ma hart ducha! Co za odwaga!
-Nie, to po prostu idiota! Przepraszam raz jeszcze.
Dzis spotkalismy sie rano na plazy. Oczywiscie malenstwo wyskoczylo do Corin z wielka morda.
Poniewaz facet jest normalny i zdrowy na umysle i naprawde spoko,
to poustawialismy swoje pyskujace psy,
ktore karnie posadzone daly nam spokojnie pogawedzic,
jeszcze kilka meetingow i bedzie luz.
Subscribe to:
Posts (Atom)
